piątek, 28 lutego 2020

Kino #5

Ile nieszczęścia jest w stanie znieść jeden człowiek? Ileż razy można żegnać najbliższych? Ileż razy można zaczynać wszystko od nowa? A co, jeśli sił już nie starcza na walkę o lepsze jutro?

Ove poznajemy w momencie, gdy jest gderliwym starszym panem, który terroryzuje mieszkańców osiedla. Stał się samozwańczym strażnikiem ładu i porządku, co nie do końca odpowiada jego sąsiadom. Wiecznie zły i nastroszony rzuca groźbami na lewo i prawo. Nie potrafi odnaleźć się w świecie, w którym wszystko jest nie tak, jak trzeba. Jakby tego było mało, po kilkudziesięciu latach pracy w jednym zakładzie zostaje z niego z dnia na dzień wyrzucony. Nic tylko się powiesić. Ale i to okazało się nie takie proste…


I w tym momencie do akcji wkracza ... sąsiadka ogarniająca dwie bardzo żwawe córeczki i niezdarnego męża. Do tego jest w zaawansowanej ciąży i nie jest Szwedką! Ale swoim pozytywnym nastawieniem do życia, empatią, uśmiechem i życzliwością powoli dociera do pozornie zgorzkniałego serca Ove. Wtedy też poznajemy wstrząsająca historie życia staruszka i zaczynamy mu współczuć. A przede wszystkim zaczynamy go rozumieć.

„Mężczyzna imieniem Ove” to prosta historia o życiu. I jak to w życiu bywa, raz się śmiejemy, a raz ocieramy łzy napływające do oczu. To film, obok którego nie można przejść obojętnie. Świetna zabawa, ale też nauka, żeby nie oceniać innych zbyt pochopnie. Nie wiemy, jakie życiowe doświadczenia wpłynęły na obecne zachowanie drugiej osoby. Może były to traumatyczne przeżycia, przed którymi nie potrafił się bronić inaczej, aniżeli obojętnością i oziębłością? Może dość już miał w swoim życiu rozczarowań i bojąc się kolejnych minimalizował ryzyko ich wystąpienia? Bo Ove to nie gderliwy starzec myślący tylko o tym, aby uprzykrzyć życie innym. To człowiek o wielkim sercu, a gdy trzeba o sercu odważnym...

Jak najbardziej polecam ten film!



wtorek, 25 lutego 2020

Birdwatching #4


Muszę przyznać, że mąż strasznie się wkręcił. Co tam tylko obserwacja! 

Trzeba jeszcze nagrać, zmontować, podłożyć muzykę, powiedzieć coś ciekawego... 

Zapraszam na odcinek drugi :)

https://www.youtube.com/watch?v=k4CoerZMfCM

niedziela, 23 lutego 2020

Opera #2



W minioną niedzielę miałam przyjemność wybrać się na operetkę „Księżniczka czardasza”. Nie ukrywam, że najbardziej zachęciła mnie epoka, w której rozgrywa się akcja. To czas kiedy stary świat powoli zamiera i przychodzi nowe, rewolucyjne wręcz. Operetka „Księżniczka czardasza” powstała w 1915 roku. To dzieło kompozytora Kalmana, a autorami libretta są Leo Stein i Beea Jenbach. A motywem przewodnim jest oczywiście miłość. Miłość zakazana. Miłość narzucona. Ale… to czas kiedy wszystko może się zdarzyć.

Bydgoska Opera Nova przeniosła akcję do Polski międzywojennej. Mamy tu kawiarniany gwar warszawskiego kabaretu ze śmiechem, zabawą, swobodą, wolnością. Mamy też wileński pałac polskiej arystokracji ze sztywno określonymi ramami co wolno a czego nie wolno, co wypada a co nie.

Warszawa. Sylwia i Edwin. Gwiazda kabaretu i młody arystokrata. Ona jest w przededniu wyjazdu do Ameryki. Tam czeka na nią wielka kariera. Tam czeka na nią przyszłość. Dziś jest czas pożegnania z Warszawą i warszawskimi przyjaciółmi. Czas pożegnania z Edwinem, który nie może pogodzić się z wyjazdem ukochanej. Aby zatrzymać ją przy sobie postanawia się oświadczyć. Upojona szczęściem i szampanem Sylwia przyjmuje oświadczyny, ale jeszcze tej samej nocy dowiaduje się, że Edwin już ma narzeczoną. Tam daleko. Na Wileńszczyźnie…

Wilno. Nastka i Edwin. Hrabianka i młody arystokrata. Znają się od dziecka i niemalże od dziecka są już zaręczeni przez swoich rodziców. Teraz mają nastąpić oficjalne zaręczyny. Edwin miłości Nastce nie wyznaje, ale wydaje się być pogodzony z losem. Cóż począć, przecież nie pozostało mu już nic innego, jak wypełnić wolę rodziców.

Wszystko się komplikuje, gdy na tym właśnie balu zjawia się jego warszawski przyjaciel z młodą żoną łudząco podobną do Sylwii…

Opera Nova pozwoliła mi przenieść się do zupełnie innego świata. Perypetie księżniczki czardasza pochłonęły mnie całkowicie. Był śmiech, były rozczarowania, było szczęśliwe zakończenie. Idealna uczta intelektualna, która na niespełna trzy godziny potrafi oderwać od codzienności.

Tym razem postawiłam na błękit...





wtorek, 18 lutego 2020

Kosmetyczka #4



Jakiś czas temu pisałam o zmianach w doborze kosmetyków. Mają być zdrowe i bezpieczne, mają być ekologiczne i przyjazne środowisku, mają być wegańskie (to pojawiło się nieco później) i mają być nie testowane na zwierzętach. I tak znalazłam ekologiczny płyn do higieny intymnej z wyciągiem z borówki i nagietka Anthyllis. To kosmetyk włoskiego producenta Pierpaoli, a znalazłam go w drogerii ekologicznej.

Co przyciągnęło moją uwagę? Skład i certyfikaty.

Skład: Aqua (Water), Sorbitol, Disodium Cocoamphodiacetate, Cocamidopropyl Betaine, Lauryl Glucoside, Sodium Chloride, Disodium Capryloyl Glutamate, Lactic acid, Coco-Glucoside, Glyceryl Oleate, Lavandula Hybrida Oil, Calendula Officinalis Flower Extract, Vaccinium Myrtillus Fruit Extract, Glycerin, Linalool.

Certyfikaty: ICEA (jedna z najbardziej renomowanych instytucji certyfikujących produkty naturalne w Europie), AIAB (to gwarancja, że surowce roślinne pochodzą z rolnictwa ekologicznego), QCertificazioni i The Vegan Society UK (to potwierdzenie, że w danym produkcie nie znajdziemy składników pochodzenia zwierzęcego).

A gdy już do mnie dotarł… Płyn jest bardzo przyjemny. Swoją funkcję w codziennej pielęgnacji spełnia doskonale. A do tego nie przesusza skóry i nie podrażania. Za brak podrażnień odpowiada dodany do płynu wyciąg z nagietka. Po użyciu płynu na długo pozostaje uczucie świeżości, a to za sprawą ekstraktu z owoców borówki. Jest to o tyle ważne, że płyn służy do codziennej pielęgnacji, a w niektóre dni trzeba przecież o higienę okolic intymnych zadbać szczególnie. Płyn jest przeznaczony dla użytkowników w różnym wieku, dlatego jest to doskonały kosmetyk, z którego śmiało może korzystać cała rodzina. Nie mogę pominąć i zapachu – lawenda! Jeden z moich ulubionych zapachów wśród tych kosmetycznych, bo przywołuje w myślach wszystko to, co związane z naturą.

Zgodnie z tym co napisałam na początku szukam produktów przyjaznych środowisku. Szukam też takich producentów i dostawców. I w przypadku tej drogerii ekologicznej nie ma zgrzytu między promowaną przez nią postawą ekologiczną, a … choćby sposobem opakowania przesyłki. Przesyłka dotarła do mnie zapakowana oczywiście w sposób należyty, ale bez folii (tak było w moim przypadku) i wykorzystując opakowania z odzysku. Bo suma małych czynności potrafi przynieść wielki efekt.



niedziela, 16 lutego 2020

Rowerowo ...



Wiem, że do lata jeszcze daleko, ale … Uwielbiam spędzać czas na rowerowych przejażdżkach. I tych wiosennych, i tych letnich, i tych wczesnojesiennych. Dla mnie jest to świetna forma zarówno relaksu, jak i zadbania o swoje zdrowie. Mało tego! Jest to idealna forma spędzania również … urlopu. Już kilka razy wybierając się na urlop planowaliśmy go tak, aby towarzyszyły nam nasze rowery. Wyjaśnię od razu, że nie jestem aż taką zapaloną rowerzystką, żeby na dwa tygodnie urlopu wybrać się rowerem. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, że miałabym spakować wszystkie potrzebne mi rzeczy do sakwy! … A później wozić cały bagaż ze sobą! Jestem na to zbyt wygodna. W grę wchodzi jedynie tydzień J W każdej sytuacji można jednak znaleźć złoty środek. Jeśli mówimy o dwóch tygodniach, to pakujemy rowery na samochód i ruszamy w drogę. 

Dlaczego zatem zabieram rower na urlop?

1. Zabierając swój rower na urlop mogę oddawać się jednocześnie dwóm przyjemnościom: poznawaniu nowych miejsc i jeżdżeniu na rowerze.

2. Eksplorując nowy teren poruszając się na rowerze mogę zobaczyć znacznie więcej. W odróżnieniu od pieszych wędrówek rower pozwala mi dotrzeć i szybciej, i dalej.

3. Gdybyśmy wybrali opcję poruszania się wyłącznie samochodem musielibyśmy liczyć się z faktem, że nie wszędzie można nim dojechać.

4. Poruszając się na rowerze możemy zobaczyć więcej także dlatego, że jeździmy raczej bocznymi drogami. Mamy wtedy okazję zobaczyć wiele interesujących rzeczy, których być może nie zobaczylibyśmy zza szyb samochodowych.

5. Wreszcie rzecz najważniejsza, od której zaczęłam swój dzisiejszy wpis – ja po prostu uwielbiam jeździć na swoim boskim rowerze :)

Poniżej znajdziecie kilka rad, które umilają mi jazdę na rowerze i być może będą dla Was pomocne podczas planowania swoich rowerowych wycieczek.

Ubranie
W tej kwestii nie jestem jakoś specjalnie wymagająca i nie posiadam profesjonalnych ubrań dla rowerzystów. Dla wygody na przejażdżki zakładam sportowy stanik, sportową koszulkę przylegającą do ciała, spodenki z wszytym spodem, zwykłe trampki i czapeczkę z daszkiem. 


Odblaski
Wybierając się na krótszą lub dłuższą przejażdżkę musimy pamiętać o tym, żeby zawsze być widocznym na drodze. Przed wyjazdem sprawdźmy, czy oświetlenie przy naszym rowerze jest sprawne. A nuż nie zdążymy przed zmrokiem dojechać do celu... To jedno. Drugie to elementy odblaskowe. Kupując sportowe ubrania niestety nie pomyślałam, że będę je wykorzystywać również na rowerowych wojażach i nie pomyślałam o tym, że warto wybrać takie, które mają na sobie właśnie odblaskowe wstawki. Nie przeoczę tego istotnego faktu przy kolejnych zakupach. Najzwyczajniej w świecie wybierając kolor spodenek czy koszulki nie zawracałam sobie głowy poniekąd swoim własnym bezpieczeństwem. Z takimi odblaskowymi elementami na ubraniach byłabym bardziej widoczna o zmroku. Z powodu wiadomych już braków na przejażdżki zawsze zabieram ze sobą opaski odblaskowe. Dobrze jest mieć przy sobie również latarkę czołówkę, gdy chcemy dodatkowo oświetlić sobie drogę.

Okulary
Moją zmora podczas przejażdżek są wpadające do oczu owady. Rozwiązanie jest proste … wystarczy zaopatrzyć się w okulary na rower. Ja cały czas szukam takich, w których czułabym się komfortowo.

Pompka rowerowa
Tak na wszelki wypadek, aby dętka z której uszło powietrze nie zepsuła mi przyjemności jazdy na rowerze. Model mojego roweru jest tak sprytny, że posiada mocowanie na pompkę, dlatego w tym przypadku odpada dylemat, gdzie ją schować.

Mocowanie na bidon
Takie mocowanie dokupiłam oddzielnie i zamontowałam na ramie roweru, abym butelkę z wodą zawsze miała w zasięgu ręki.

Zapięcie rowerowe
Bardzo ważne, abyśmy mogli bezpiecznie zostawić nasz rower i udać się na przykład na obiad, aby nabrać energii do dalszej jazdy. Moim zdaniem lepiej wybrać zapięcie na szyfr, a nie na kluczyk. Znając siebie notorycznie albo gubiłabym taki kluczyk, albo zapominałabym zabierać go ze sobą. Cóż mi zatem po zapięciu :) A tak szyfr do mojego zapięcia rowerowego mam w głowie i nikomu go nie zdradzam, podobnie jak PINu do karty bankomatowej :)

Licznik rowerowy
Niekoniecznie trzeba go mieć, ja swój otrzymałam w prezencie urodzinowym i nie wiem jak przedtem bez niego żyłam. Uzależniłam się od zerkania na licznik i sprawdzania ile kilometrów zrobiłam i z jaką prędkością pokonałam dany dystans.

Dodalibyście coś jeszcze?

wtorek, 11 lutego 2020

Śmiech przez łzy! Jak u Gogola!

Wiem, że to zdjęcie absolutnie nie odnosi się do treści wpisu, ale bardzo chciałam jakieś zdjęcie umieścić. Tradycyjnie. Wybrałam profilowe. No i bardzo lubię to zdjęcie :)

Niedawno natknęłam się w sieci na spektakl Teatru Telewizji Polskiej autorstwa i w reżyserii Juliusza Machulskiego, "19. południk". Rewelacja! Może dla niektórych ta satyra jest zbyt przesadzona, nie mniej uważam, że trafiona w punkt. 

Krótko o czym jest spektakl. Otóż na urząd prezydenta RP zostaje wybrany Bartłomiej Czop. Określenie, że jest to wybór dość kontrowersyjny to mało powiedziane. Dlaczego? Ano dlatego, że taki człowiek jak pan Czop nie powinien sprawować tak ważnego urzędu. Ba! Taki człowiek w ogóle żadnego urzędu nie powinien sprawować. Ba! Nawet żadnej funkcji kierowniczej w żadnej firmie nie powinien sprawować. A tu życzeniem ludu został głową państwa. I ludu swego nie zamierza zawodzić. Dość krzywd! Dość obciążania obywateli koniecznością utrzymywania gwałcicieli i złodziei! Dość uległej polityki zagranicznej! Dość pobłażania sąsiednim państwom! Niech Niemcy i Rosja poznają w końcu, że Polska to silne państwo rządzone przez silnego człowieka! Niech Niemiec w końcu odbuduje nam Warszawę! 

Pan Prezydent okazał się nieokrzesanym burakiem, któremu brak ogłady i kultury. O inteligencji już nie wspominając. Spektakl świetnie obnaża bolączki sfer rządzących i nie tylko. Bo nie tylko o politykę chodzi. Takie zjawisko możemy zaobserwować choćby w miejscu pracy. Wyobraźmy sobie, że w naszej firmie najważniejszą decyzyjną osobą zostaje ktoś, kto nie ma pojęcia o zarządzaniu, kto nie potrafi się wysłowić, kto nie potrafi zachować się adekwatnie do sytuacji, kto kulturę osobistą ma w nosie. A takiego słowa jak dyplomacja to chyba w ogóle nie zna. I taki oto buraczek staje się ważnym burakiem. Otacza się kumplami. Uważa się za pępek świata i co najgorsze - podejmuje decyzje. Decyzje, skutki których dotyczą bardzo wielu. Makabra! 

Nie mogę nie wspomnieć o świetnej obsadzie spektaklu: Andrzej Grabowski, Rafał Królikowski, Sławomir Orzechowski, Jan Englert, Robert Więckiewicz, Adam Ferency czy Jan Machulski. I znakomita kreacja Jana Frycza. Tym ostatnim jestem wręcz zachwycona. 

Jak najbardziej polecam istną ucztę teatralną jaką jest "19. południk". 

niedziela, 9 lutego 2020

Debreczyn...




"Gorączka o świcie" autorstwa Petera Gardosa to niezwykła historia. Niezwykła, choć wydarzyła się naprawdę. Peter Gardos wspaniale opisał jak pomiędzy jego rodzicami narodziła się miłość. Początkowo nieśmiała, by z czasem stać się tą silną, prawdziwą i niepowtarzalną.

Zaczęło się od listu, a w zasadzie od stu siedemnastu listów, które Miklos wysłał do wszystkich Węgierek z Debreczyna i okolic tak jak i on znajdujących się obecnie w szwedzkich szpitalach. Ale po kolei.

Jest rok 1945. Szwecja stała się bezpieczną przystanią dla rzeszy Węgrów ocalałych z koszmaru obozów koncentracyjnych. To tu zostaną otoczeni opieką lekarską. To tu zaczną powrót do normalności. To tu zaczną znowu żyć. Żyć normalnym życiem. Wolnym już od wojny, która się skończyła. Wolnym od głodu, poniżenia, wyniszczenia. Dopełnieniem powinna być miłość. I z tego założenia wychodzi Miklos, który bardzo pragnął kochać i być kochanym. Mimo tego, że rokowania jego lekarza prowadzącego nie były zbyt optymistyczne. Mimo tego, że codziennie o świcie dręczyła go gorączka nie poddał się. Nie dopuszczał do siebie myśli, że zostało mu pół roku życia. Nie po to przeżył gehennę obozu koncentracyjnego, żeby teraz umierać. I pewnego dnia stał się cud.

Peter Gardos doskonale poradził sobie z opowiedzeniem historii o miłości swoich rodziców. Bez zbędnego patosu i idealizowania, choć w książce aż kipi od emocji. I są to emocje bardzo różne. Głównym motywem jest rodząca się miłość między dwojgiem ocalałych, ale nie brakuje i motywów pobocznych, które dopełniają całości. Bo tylko wtedy możemy zrozumieć, ile wysiłków kosztowało ich pielęgnowanie swojego uczucia, ile przeszkód (choćby administracyjnych) musieli pokonać, aby choć na chwilę się zobaczyć, dotknąć swoich rąk, spojrzeć sobie w oczy, uśmiechnąć się do siebie. Bo przecież żaden list nie jest w stanie tego zastąpić.
Dla mnie najbardziej wzruszającym momentem w książce było pierwsze spotkanie Miklosa i Lili. Te emocje, ten strach, reakcja Lili, gdy pierwszy raz zobaczyła na żywo swojego wybranka. To wszystko zrobiło na mnie wrażenie, ale nie tak mocne jak te wszystkie niewypowiedziane słowa i myśli, które tak bardzo chcieli wyprzeć ze swoich umysłów i ze swoich serc.

Wiem, że to będzie truizm, ale wojna to niezwykle niszcząca siła. Sieje spustoszenie w ludzkich sercach i psychice. Nie mówiąc już oczywiście o fizycznej śmierci i wyniszczeniu człowieka. A mimo wszystko Miklos i Lili z wiarą i nadzieją patrzyli w przyszłość. I wygrali. Swoją miłość. Swoją rodzinę. Swoje życie.

Książka jest ciekawa także pod innym względem. Jak potoczyły się losy tych, którzy doczekali wyzwolenia obozów koncentracyjnych? Co się z nimi działo tuż po wyzwoleniu? W tym przypadku możemy dowiedzieć się, jak działały szwedzkie instytucje, które roztoczyły opiekę nad byłymi więźniami obozów koncentracyjnych przez kilkanaście pierwszych miesięcy. W jakich warunkach byli więźniowie dochodzili do siebie i nabierali sił. Z kart powieści nie wyłania się Szwecja niczym wielkie uzdrowisko. Tu dyscyplina była dość surowa, zasady jasno określone, warunki skromne. Cel był jeden – przywrócić tych wszystkich wyniszczonych nie tylko fizycznie do życia. Tego normalnego.

Jest jeszcze jeden wątek, który zrobił na mnie ogromne wrażanie. Lili i jej pragnienie, aby przestać być Żydówką. Po tym, co przeszła tylko dlatego, że była węgierską Żydówką, jest gotowa porzucić swoją wiarę i tradycję, bo bycie Żydówką to cierpienie, którego ona już nie chce.

Powieść wzruszająca i pełna emocji, którą warto przeczytać. Ze mną z pewnością pozostanie na długo.

A skoro o Debreczynie mowa załączam dla Was kilka zdjęć z tego właśnie miasta. To drugie pod względem wielkości i znaczenia miasto na Węgrzech. To największe miasto krainy historycznej Kriszana. Od granicy z Rumunią Debreczyn dzieli zaledwie 30 kilometrów.