środa, 4 sierpnia 2021

monika olga szyje #38

Etui na książkę. Nigdy przedtem nie miałam potrzeby posiadania etui na książkę. Zmieniło się to w momencie, kiedy takie etui uszyłam sobie sama. Choć nazwa otulacz na książkę pasuje mi o wiele bardziej, bo ono faktycznie otula książkę. Otula i chroni ją. Przed uszkodzeniami, przed zabrudzeniami. Doceniłam mój otulacz szczególnie podczas urlopu. Nie wyobrażam sobie urlopu bez lektury. To nie podlega żadnej dyskusji. Jednak z takich urlopów moje książki wracały w bardzo różnym stanie. Ach, to czytanie niezależnie od warunków…









Tym razem było inaczej. Tym razem moją książkę chronił otulacz. Pierwszy otulacz uszyłam z tkaniny bawełnianej. Ale kolejny i kolejny z tkaniny wodoodpornej. Doceniłam je szczególnie wtedy, gdy czytałam w plenerze i zaskoczył mnie letni deszcz. Gdy ja uciekałam przed kroplami dzierżąc w ręku książkę, ona była bezpieczna.






Otulacz w dziecięce wzory. Dlaczego nie uczyć młodych czytelników tego, że o książki należy dbać, a pomóc może w tym ubranko dla książek…






Ale moich otulaczy na książki używam i w domu. Gdy zabieram się za jakąś lekturę od razu przyoblekam ją w tkaninę. Jeśli po lekturze stwierdzę, że nie mam takiej potrzeby, aby dana książka została w mojej biblioteczce wystawiam ją na sprzedaż. Dlatego tym bardziej zależy mi na tym, aby książki pozostały w jak najlepszym stanie. Tak, wiem że książki odsprzedane są tańsze od tych zakupionych w księgarni, ale jest mi milej, jeśli pakuję książkę bez żadnych mankamentów. Myślę, że nowy czytelnik ucieszy się równie mocno po otwarciu takiej paczki :)

poniedziałek, 2 sierpnia 2021

Przeczytane #24

Lipiec obfitował w naprawdę ciekawe lektury...



Wojciech Dutka i "Kurier z Teheranu"

Prawdę mówiąc nie spodziewałam się tak doskonałej powieści historyczno-sensacyjno-szpiegowskiej. A jednak! „Kurier z Teheranu” nie zawiódł.

Hrabia Antoni Mokrzycki. Dyplomata polskiego rządu, choć nie tylko. To agent Dwójki. Człowiek żyjący na odpowiednio wysokim poziomie, dbający o rodzinę, choć… w małżeństwie nie układa się od samego początku, a dziecko… no cóż… chcąc uniknąć skandalu uznał je za swoje. Choć wobec żony miał wyrzuty sumienia. Sam nie był wobec niej szczery i wierny. I nie chodzi o zwykłą zdradę.

Hrabia Antoni Mokrzycki to człowiek o wielu twarzach, uwikłany w wielką politykę, rzucony w wir wojennej zawieruchy, dążący do wykonania powierzonego zadania za wszelką cenę. To człowiek, który w pewnym momencie pozbędzie się złudzeń…

Mokrzycki do Warszawy powrócił wiosną 1939 roku. Chciał zacząć wszystko od nowa. Chciał uratować swoje małżeństwo. Nie zdążył… 1 września 1939 roku wybuchła wojna. Nikt wtedy jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że ta wojna szybko się nie zakończy, że Polska przez tyle lat będzie pod okupacją, że los Polski został przypieczętowany paktem Ribbentrop-Mołotow. Zdaje się, że tylko Mokrzycki nie łudził się – alianci nie pomogą. Polska musi sobie radzić sama. Miał swoją misję do spełniania i musi zrobić wszystko, aby ta misja zakończyła się sukcesem. A gdy tego dokonał nie pozostało mu nic innego jak walczyć!

Gorycz pierwszej porażki poznał bardzo szybko. 17 września 1939 roku Sowieci zaatakowali Polskę bez wypowiedzenia wojny! I odezwa marszałka Śmigłego-Rydza, aby nie podejmować walki z Sowietami, a skupić się na tym, aby możliwie najszybciej i najkrótszymi drogami wycofać się na Rumunię i Węgry. Wcześniej ten kierunek obrał polski rząd, a Mokrzycki był świadkiem ich ucieczki w popłochu. I dylemat. Co robić? Wycofać się jak oni czy pozostać i walczyć do końca, choć koniec był już raczej przesądzony…

A później był obóz w Kozielsku i nie dająca mu spokoju myśl: dlaczego tylko jego teczka jest biała? Jak się okazało biała teczka dała mu szansę na przeżycie. A przynajmniej dała mu nieco więcej czasu… Łubianka, proces, wyrok. Szpieg! Skazany i wywieziony do łagru w Karagandzie. Kolejny raz musi zmobilizować się ze wszystkich sił i … przetrwać. Przeżyć jeszcze jeden dzień… Mokrzycki doskonale wiedział, że zmieniająca się sytuacja na wojennych frontach może przynieść i zmianę jego położenia. I doczekał się! Amnestia! Ale amnestia nie byle jaka. Teraz ma możliwość przystąpić do walki ponownie. Na terenie Związku Radzieckiego powstaje polskie wojsko, a dowództwo nad nim będzie sprawował generał Andres. To jest jedyna i niepowtarzalna szansa dla wszystkich Polaków, aby wraz z Andersem wydostać się z tego przeklętego kraju. Wydostaje się i Mokrzycki, ten niewygodny świadek zbrodni katyńskiej… Czy uda mu się przedostać do kraju? Czy odnajdzie swoją rodzinę? Czy odnajdzie swoich przyjaciół? Jak poradzi sobie w Polsce okupowanej przez Niemców? Czy uda mu się powiadomić świat o tym, co stało się w lasach katyńskich? I co zrobi z kolejną tajemnicą? Tajemnicą z Teheranu?

Wojciech Dutka, opisując perypetie Mokrzyckiego, stworzył kapitalną powieść z wartką akcją, ciekawymi bohaterami i solidną porcją historii. I chodzi nie tylko o znane wszystkim fakty historyczne czy nazwiska, które każdy powinien kojarzyć z lekcji historii. Są też nazwiska mniej oczywiste, jak na przykład Józef Czechowicz, Tadeusz Dołęga-Mostowicz, Lew Gumilow. Mnogość wyrazistych bohaterów, mnogość wątków, nieoczekiwane zwroty akcji… To wszystko sprawia, że od książki ciężko się oderwać. Polecam ją każdemu. Nie tylko miłośnikowi powieści historycznych.




Oliver Clements i "Oczy królowej"

Należę do osób, które z zapartym tchem śledzą wszystkie losy słynnego Agenta 007. Gdy więc w notce wydawniczej przeczytałam, że to książka o człowieku który zostanie pierwowzorem agentów MI6 wiedziałam, że to jest historia, którą chcę poznać. Przeczucie mnie nie zmyliło.

Początek. Żadnego wprowadzenia. Żadnego delikatnego nakreślenia miejsca rozgrywanej akcji. Zaczęło od potężnego uderzenia. Krwawej jatki. Noc Świętego Bartłomieja. Paryż. Sierpień. 1572 rok. Katolicy dokonują rzezi na hugenotach. A w samym centrum wydarzeń on, Francis Walsingham, ma do spełnienia arcyważną misję. Za wszelką cenę musi zdobyć te dokumenty. Zdobyć i wywieźć do Anglii. Gdy wydaje mu się, że misja zakończy się powodzeniem, nieoczekiwanie sprawy się komplikują. I to bardzo.

Jej Wysokość. Elżbieta I. To ona zasiada na angielskim tronie. A czasy niespokojne. Walka o wpływy. Walka o dominację. Prześladowania religijne. To czas walki! Szkopuł w tym, że Anglia do walki absolutnie nie jest przygotowana. Skarbiec świeci pustkami. I jeszcze ta przeklęta Maria, królowa Szkotów. Znajduje się co prawda w areszcie domowym, ale cały czas knuje. Cały czas stanowi zagrożenie. Cały czas spiskuje przeciwko swojej kuzynce. Jednak Elżbieta nie ma odwagi, by tak po prostu wysłać ją na śmierć. Trzeba mieć najpierw dowody, a dopiero później działać. I jeszcze ta hiszpańska flota, która zmierza w kierunku Anglii…

John Dee. Alchemik. Astrolog. Uczony. To człowiek, który popadł w poważne kłopoty. Ciąży na nim kara więzienia za niespłacony dług. Jak? Jak może spłacić jakiekolwiek zobowiązanie, kiedy ciągle ma związane ręce? Żadna uczelnia nie chce go zatrudnić. Nikt! Nikt nie jest zainteresowany jego odkryciami i wynalazkami. Nawet ona. Ta, którą od lat kocha. Ta, dla której mógłby zrobić wszystko. Ta, która jest teraz w wielkich tarapatach.

Misja. Francis Walsingham i John Dee. Nie mają wyboru. Muszą sobie zaufać. Muszą działać razem, aby nie dopuścić do najgorszego. Nie może dojść do spisku. Muszą ustalić przeciek. Muszą zidentyfikować zdrajców w otoczeniu królowej. Muszą mieć dowody. Ale najpierw… muszą odzyskać zgubione przez Walsingham’a dokumenty. Cokolwiek w nich było… Oni doskonale zdają sobie sprawę, że informacja to potężna broń. Tak samo potężna jak cała flota... I te informacje należy pozyskiwać, by móc przewidzieć działania wroga. By zdusić wszelkie zagrożenia jeszcze w zarodku. A to tego potrzeba odpowiednich ludzi...

I tak zaczyna się awanturnicza przygoda z historią w tle. Autorowi nie mam nic do zarzucenia. Są intrygi. Są podstępy i fortele. I jest dwójka głównych bohaterów z charakterem. Z poczuciem humoru i z błyskotliwymi ripostami. Jest akcja. Mało tego. Akcja pędzi jak szalona! Czas spędzony z tą książką na pewno nie jest czasem straconym.




Graham Masterton i "Susza"

Brutalność. Właśnie brutalność wylewa się od pierwszych stron tej przerażającej historii. I nie, to wcale nie chora wyobraźnia pisarza jest przyczyną, a podły i chory świat. A przynajmniej ta część świata.

Przemoc domowa. Brutalny zbiorowy gwałt. Zabójstwo. Rozboje. Kradzieże. Zamieszki. A w tym wszystkim ludzie, którzy po prostu chcą żyć. Tak zwyczajnie. Dzień za dniem.

Wielkie pieniądze. Wielka polityka. Bezduszne decyzje. Podział społeczeństwa na równych i równiejszych. Tak było od zawsze. Ale gdy sytuacja jest wyjątkowa te podziały pogłębiają się jeszcze bardziej.

Odcinanie wody ludziom, gdy miasto trawi susza jest nieludzkie. Nawet względy ekonomiczne powinny stracić znaczenie. Bo woda to życie. A o każde życie należy się troszczyć. Każde życie zasługuje na szacunek. Każdy człowiek ma prawo do zaspokajania podstawowych potrzeb.

Jednak skorumpowani politycy z San Bernardino w Kalifornii są innego zdania. Gdy dysponują bardzo ograniczoną ilością wody bez skrupułów pozbawiają jej dzielnice najbiedniejsze, a zostawiają dla tych, którzy regularnie płacą rachunki i wspierają odpowiednią partię polityczną. Do czasu…

Bo sprawy wymkną się spod kontroli. Zasoby wody nieustannie się kurczą. Nikt z zarządzających nie przyzna się do wielce nieudolnego gospodarowania dostępną wodą. Wszak są sprawy ważne i ważniejsze. Nawet teraz, w obliczu katastrofy. Nikt z nich nie przejmuje się, że tysiące rodzin z małymi dziećmi zostały pozbawione wody, przecież trzeba nawadniać elitarne pole golfowe. Nikt tych ludzi także nie uprzedził, że woda będzie odłączona. Nie byli w stanie nawet zrobić sobie zapasów… Mają czekać. Gdy już mleko się rozlało komunikat władz był jasny: woda będzie wyłączana rotacyjnie na 48 godzin tak, aby każda (!) dzielnica była traktowana tak samo. Gdy ludzie zorientowali się, że to mydlenie oczu doszło to starć. Całe miasto zostało sparaliżowane...

Dopóki jedna osoba ma coś, czego chce kto inny zawsze będziemy w stanie wojny, a na wojnie wszystkie chwyty są dozwolone. To twierdzenie Martina Makepeace’a, głównego bohatera. Nie sposób się z nim nie zgodzić. W tym przypadku gra toczy się o naprawdę wysoką stawkę, bo o wodę, o życie. Ale susza to nie jedyne zmartwienie Martina. Ten były żołnierz marines, który obecnie jest pracownikiem opieki społecznej czuje się odpowiedzialny za swoich podopiecznych. Nie godzi się z niesprawiedliwym podziałem wody, ale … nie wszystkich przecież można uratować. Choć rodzinę Santosa tak. Tym bardziej, że Santos jest mu do czegoś potrzebny... Martin musi uciekać z miasta wraz z całą swoją rodziną. Czy uda mu się zrealizować swój plan?

Graham Masterton w swojej najnowszej książce roztoczył przed nami przerażającą wizję świata. Świata borykającego się z brakiem wody. Niech to będzie dla nas przestrogą. Problem jest palący i coraz głośniej się o nim mówi, ale mam wrażenie, że wciąż za mało. Czytając tę książkę tak bardzo się w niej zatraciłam, że widząc fontannę w mieście moją pierwszą myślą było: cóż za marnotrawstwo! I niech ta refleksja z nami pozostanie. Jak często marnujemy wodę? Czy zdajemy sobie sprawę, że ona kiedyś po prostu może się skończyć. Czy wyobrażamy sobie, że mamy wytyczane limity zużycia wody? Bo to, że bez wody nie ma życia, wie chyba każdy…




Tana French i "Z dala od świateł"

Cal Hooper. Poznajemy go w momencie, gdy postanowił do swojego życia wprowadzić rewolucyjne zmiany. Cóż innego mu pozostało? Właśnie został emerytem, choć ledwie przekroczył czterdziestkę. Właśnie rozstał się z żoną. A jego jedyna córka jest już dorosła i ma własne życie. Uciec! Uciec jak najdalej z Chicago. Wybór padł na … irlandzką prowincję. Hooper kupił dom na wsi i tym samym postanowił wrócić do swoich korzeni. A Irlandia? No cóż, zależało mu na tym, aby znaleźć się w miejscu, w którym spokojnie będzie mógł porozumiewać się w języku angielskim. Zdaje się, że na naukę nowego języka nie miał ochoty…

To miał być początek nowego życia. Życia prostego, spokojnego, samotnego. Miał remontować dom, który kupił. Miał obcować z przyrodą, której brakowało mu w Chicago. Miał polować na króliki, jak wtedy, gdy jako dziecko na polowaniach towarzyszył swojemu dziadkowi. Miał w końcu odpocząć. Z dala od zgiełku wielkiego miasta. Z dala od ludzi, z którymi nie chciał się spotykać. Ale okazało się, że z dala od świateł … nie ma spokoju. Bo ludzie wszędzie borykają się z tymi samymi problemami…

Obcy. Hooper doskonale zdawał sobie sprawę, że małe miejscowości rządzą się swoimi prawami niezależnie od narodowości. Nie ubolewał nad tym, że jest poza tą społecznością. Nie zależało mu na nawiązywaniu nowych znajomości. Jednak czasem ciężko było od niektórych się opędzić i chcąc nie chcąc musiał wysłuchiwać opinii, których słuchać nie chciał. Hooper z jednej strony spotykał się z brakiem zaufania, z drugiej zaś był adresatem niekończących się złotych rad. Tu każdy ma wyrobione zdanie o wszystkim. Tu każdy ma wyrobione zdanie o każdym… I jego zdanie jest niepodważalne.

Tak upływał dzień za dniem. Jednak pewnego dnia monotonia została przerwana. Najpierw to uczucie… Hooper doskonale je znał. Ktoś go obserwuje. Później tajemniczy gość, Trey. Z jednej strony dzieciak płoszy się jak dzikie zwierzę i nie chce odpowiadać na pytania, z drugiej jednak przyczepił się do niego jak rzep do psiego ogona. Czas miał pokazać, że wybór dziecka nie był przypadkowy. Szukał Hoopera, bo potrzebował kogoś takiego jak on. Potrzebował detektywa. W dodatku takiego, który nie jest stąd i nie będzie uprzedzony do jego rodziny. To jedyna szansa, aby odnaleźć zaginionego brata. Miejscowa policja nie kiwnęłaby palcem. Brendan na pewno nie zniknął z ich życia ot tak. Nie zostawiłby ich. Z całą pewnością stało się coś złego. Tylko co?! Hooper postanowił sprawdzić sprawę nie dlatego, żeby tęsknił za pracą, a dla świętego spokoju, żeby dzieciak się od niego odczepił. Stwierdził, że nic nie zaszkodzi, jeśli popyta w paru miejscach i przygotuje jakieś sensowne wyjaśnienie dla Trey’a. Zresztą wiele zdziałać nie może. Już nie jest policjantem, więc nie ma takich możliwości działania jak kiedyś. W dodatku jest w obcym państwie i nie do końca orientuje się na co może sobie pozwolić i gdzie są nieprzekraczalne granice. Hooper nie zdawał sobie sprawy, że z chwilą zadania pierwszego pytania o Brendan’a Reddy’iego zaczęły się jego problemy. Poważne problemy…

Początkowo błądził po omacku. Z czasem jednak wiedział więcej i więcej. Wszystko zaczęło układać się w logiczną całość. A jednak… dał się zaskoczyć…

„Z dala od świateł” to świetny thriller. Akcja może i nie pędzi jak szalona, ale nie ma mowy o nudzie. Detale. Autorka postawiła na detale. Bo to one są ważne. Bo to one potrafią naprowadzić nas na odpowiedni ślad. Bo to one potrafią nas zgubić. Ciekawym zabiegiem było umiejscowienie akcji na wsi. Tana French doskonale zobrazowała specyfikę małej i hermetycznej społeczności i błądzenie jak dziecko we mgle każdego, który dopiero się tutaj pojawił. Kto jest wrogiem, a kto przyjacielem? Komu można zaufać, a kogo się wystrzegać? Kiedy można wypowiedzieć swoje zdanie, a kiedy lepiej milczeć? Tu każdy ma swoje sprawy. Tu każdy ma swoje sekrety. Tu też są problemy przywleczone z wielkich miast. Ale tu problemy rozwiązuje się bez angażowania osób postronnych…

Jeśli jesteście ciekawi co stało się z Brendan'em to czym prędzej sięgnijcie po „Z dala od świateł”.





Kate Morton i "Milczący zamek"

Oto one! Edith i Meredith, Percy, Saffy i Juniper. Drogi ich wszystkich spotkały się w zamku. W tym zamku! Działo się w to w różnym czasie, ale los jakby uparł się, że droga każdej z nich prędzej czy później prowadziła do zamku. Jedne z nich były stałymi jego mieszkankami i dziedziczkami, a inne gośćmi. Jedne z nich spędziły w tym zamku całe swoje życie, inne tylko półtora roku, a inne tylko jedną noc. Ale wszystkie połączone były tajemnicą… i to niejedną tajemnicą. Bo mury tegoż przeklętego zamku były świadkami niejednego dramatu. Zdaje się, że rajem był tylko dla małej Meredith. Bo to tutaj znalazła uwagę. To tutaj dostrzeżono, że jest zdolna. To tutaj zachęcano ją do rozwijania swojej pasji. Był taki czas, że chciała tu zostać na zawsze…

A Saffy? A Saffy wręcz przeciwnie. Cały czas szukała sposobu, aby uwolnić się w końcu od tego zamku. Tak, była jego więźniem. To tu zaczął się jej koszmar, to tutaj miała napady paniki, to do tego zamku była nieustannie przywiązana. Mimo tego, że marzyła o tym, aby pojechać w świat. Jak najdalej stąd. Paradoks był taki, że Saffy nie była w stanie fizycznie przekroczyć bramy i znaleźć się poza posiadłością zamkową….

A Percy? Ta strażniczka moralności? Ta strażniczka dziedzictwa? Tylko siłą swojej niezachwianej woli potrafiła utrzymać zamek w jako takim stanie. Mimo tego, że czasy powojenne diametralnie się zmieniły. Mimo tego, że z każdym rokiem było im coraz ciężej, bo one coraz starsze, a zamek wymagający coraz większych nakładów pracy. Nie było już jak dawniej. W zamku nie było służby, a ogrodami nie zajmowali się zatrudnieni do ich pielęgnacji ogrodnicy. Najgorsze jest jednak to, że nie miały komu przekazać tego zamku…

Jest jeszcze Juniper! Biedna Juniper! Zawsze była ekscentryczką. Jej ojciec, słynny pisarz, straszył ją, że ona jest taka sama! A Juniper właśnie tego najbardziej się obawiała. I te przerażające zaniki pamięci. I te dziwne i ukradkowe spojrzenia innych. I te skandale, których rzekomo była główną sprawczynią… Juniper była szalona. Juniper była odważna. Jako jedyna z sióstr na kilka miesięcy opuściła zamek. Wróciła do niego, aby podzielić się z ukochanymi radosną nowiną. Wydarzyło się jednak coś, czego nikt nie przewidział. Juniper do zamku miała wrócić na chwilę. Już nigdy go nie opuściła…

I Edith. Urocza redaktorka, która nie cofnie się przed niczym, aby znaleźć odpowiedzi na dręczące ją pytania. Pytania, których czasem boi się wypowiedzieć głośno. Pytania, na które nikt nie chce jej udzielić odpowiedzi. Tak, Edith czasem ponosi fantazja, ale trudno jej się dziwić. Nie może być nawet obiektywna, bo jakimś cudem w historię zamku wplątana jest jej własna matka. Matka, która przez całe lata ukrywała przed nią, że w ogóle w tym zamku mieszkała. Matka, która praktycznie w ogóle z nią nie rozmawiała. Bo te grzecznościowe i utarte zwroty trudno nazwać prawdziwą rozmową. Od matki bił chłód, który mroził Edith odkąd tylko pamiętała. Edith była w pełni świadoma, że na pomoc matki w tej sprawie nie ma co liczyć. Musi znaleźć sobie innych sprzymierzeńców. Szczególnie, gdy pewnego dnia została do zamku wezwana… Absolutnie nie zdawała sobie sprawy, co z tego wyniknie i co ma zrobić z tą wiedzą, którą zdobędzie…

„Milczący zamek” to kapitalna wielowątkowa powieść. Jest tu wszystko! Rodzinne tajemnice, tragiczne wypadki, niespełniona miłość, silna siostrzana miłość, trudne relacje matki z córką, toksyczne relacje rodzinne i rozczarowania. Jest też o wojnie, a raczej o dwóch wojnach. Bo starsze siostry Blythe doskonale pamiętają, jak z frontów pierwszej wojny światowej wracali okaleczeni mężczyźni. Okaleczeni nie tylko fizycznie, ale też psychicznie. A wielu z nich w ogóle nie wróciło. Tak, ta wojna zabrała wielu młodym kobietom potencjalnych mężów. A druga wojna światowa? A podczas drugiej wojny światowej działały i one. Każda w miarę swoich możliwości, ale praca każdej z nich była potrzebna i doceniana. A gdy trzeba było przyjąć pod swój dach ewakuantkę z Londynu, zrobiły to.

„Milczący zamek” to oczekiwanie. Wraz z Edith cały czas oczekiwałam na to, że coś się wydarzy. To było więcej, niż pewne. I ten stan oczekiwania napędzał mnie nieustannie do czytania, bo wraz z każdą kolejną stroną odkrywałam coraz więcej i więcej.

„Milczący zamek” to zaskoczenie. Tak, byłam zaskakiwana przez autorkę nader często. Nowe fakty wychodziły na jaw w momencie, gdy już byłam przekonana, że teraz mam pełen obraz sytuacji. Nic bardziej mylnego. Nowe fakty otwierały nowe możliwości. Zaskakujące możliwości.

Na zakończenie dodam tylko, bo naprawdę nie mogę tego pominąć, że powieść napisana jest pięknym literackim językiem. Plastyczność opisów jest powalająca. Dialogi skrojone na miarę. A cięty język Edith dodawał lekkości. Niuanse i niuansiki. To one sprawiają, że cała powieść jest smakowita. To powieść, od której ciężko się oderwać. Z pewnością będę do niej wracać co kilka lat z nadzieją, że za każdym razem zauważę coś nowego. Coś, co poprzednio przeoczyłam…





piątek, 30 lipca 2021

monika olga szyje #37

Opaska na oczy. Dla jednych zbędny gadżet, dla innych niekoniecznie. Jestem w tej drugiej grupie, choć…

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że opaski na oczy używam regularnie. Wszyscy zdajemy sobie sprawę, że sen jest najlepszym lekarstwem, a przynajmniej jednym z nich. Zdrowy sen to podstawa. Dlatego warto zadbać o jakość snu. Odpowiednie zaciemnienie jest jednym z czynników zbawiennego działania snu. Powinniśmy sypiać w pomieszczeniu totalnie zaciemnionym, dlatego w naszej sypialni pojawiły się bardzo grube zasłony. Na tyle grube, że światło od ulicznych latarni nie wdziera się do naszej przestrzeni i nie utrudnia zasypiania. Ale opaska na oczy jest dla mnie rewelacyjnym gadżetem (choć nie lubię tego słowa), gdy…

Gdy jestem w podróży. W bardzo długiej podróży. A jeśli podróżuję samolotem i nocnymi rejsami to bez opaski na oczy w ogóle nie wchodzę na podkład samolotu. Nawet jeżeli wiem, że sen nie będzie długi, głęboki i kojący to i tak komfort przysypiania jest wtedy o niebo lepszy. Nie mówiąc już o tym, że dzięki opasce nie przeszkadza mi oświetlenie. Moje oczy po takim relaksie są mi naprawdę wdzięczne.

Gdy już dotrę do celu podróży i na miejscu okazuje się, że zasłon w oknach brak. Albo są bardzo cienkie i przepuszczają każdą smugę światła. A jak jeszcze światło z ulicy skierowane jest ewidentnie w nasze okno to już koszmar. Bezsenne noce gwarantowane. A jeśli bezsenne noce, to i przemęczenie i rozdrażnienie. W takich sytuacjach opaska na oczy jest idealna.

Gdy mam migrenę. Kto nigdy nie miał migreny ten nie zdaje sobie sprawy, jak bardzo przeszkadza każde światło. Nie tylko to sztuczne, ale także dzienne. Gdy dręczy mnie migrena dręczy mnie i światłowstręt. Mogę faszerować się tabletkami przeciwbólowymi, ale nie przynoszą one i tak w pełni oczekiwanego rezultatu. Ale tabletka przeciwbólowa i opaska na oczy to dla mnie antymigrenowy duet idealny.

Opasek na oczy mam kilka. Używam ich naprzemiennie. Mam też kilka zapasowych sztuk, choćby dla moich towarzyszy podróży. Bywa i tak, że nawet ci nieprzekonani do czegoś takiego jak opaska na oczy w końcu ją docenią :)






środa, 28 lipca 2021

Wakacje z książką #4

Lipiec dobiega końca… Czas zatem na sierpniowe propozycje czytelnicze.



David Wroblewski, Historia Edgara

Od wydawcy:

Niemy od urodzenia, posługujący się jedynie znakami języka migowego, Edgar Sawtelle wiedzie sielankowe życie z rodzicami na gospodarstwie w stanie Wisconsin. Rodzina Sawtelle już od kilku pokoleń zajmuje się hodowlą i tresurą wyjątkowej rasy psów, której przedstawicielką jest lojalna towarzyszka i opiekunka Edgara, Almondine. Nieoczekiwany powrót Claude’a, stryja Edgara, powoduje, że dotychczas spokojne życie rodziny Sawtelle rozpada się jak domek z kart. W niewyjaśnionych okolicznościach umiera nagle ojciec Edgara, a kiedy jego miejsce w rodzinie stara się zająć Claude, w chłopcu zaczynają rodzić się straszliwe podejrzenia. Misterny plan ujawnienia przyczyn śmierci ojca nie udaje się i Edgar wraz z trzema psami zmuszony jest uciekać w dzikie obszary dalekiej północy stanu Wisconsin, gdzie zaczyna swą walkę o przetrwanie.

Powieść suspensu, pobrzmiewająca echami Hamleta i Księgi dżungli, opowiada o dorastaniu, głębokich związkach łączących człowieka i psa, języku przyjaźni, a przede wszystkim tajemnicach ludzkiego serca.

Prawdziwy majstersztyk, imponujący debiut literacki.



Sue Smethurst, Ku wolności

Od wydawcy:

Epicka opowieść o odwadze, nadziei, człowieczeństwie i niezłomnej miłości.

Prawdziwa historia Mindli i jej męża Kubusia Horowitza – artysty słynnego Cyrku Braci Staniewskich – napisana przez nagradzaną i uznaną autorkę oraz dziennikarkę, Sue Smethurst, której mąż jest wnukiem bohaterów tej historii.

Mindla, próbując odnaleźć męża, którego wybuch wojny zastał poza Warszawą, zostaje aresztowana przez Rosjan w Białymstoku, a jej syn trafia do sowieckiego sierocińca.

Kubuś, który tymczasem wrócił do stolicy, dowiaduje się od teścia o jej wyjeździe i, gdy Niemcy zamykają cyrk, wyrusza na wschód, by odnaleźć swoją rodzinę.

Zaczyna się droga przez mękę…

Autorka z niezwykłym pietyzmem opisuje gehennę podróży przez Związek Radziecki, Bliski Wschód i Afrykę do wymarzonej Australii. Ta absolutnie wyjątkowa, prawdziwa historia jest świadectwem tamtych potwornych czasów, a jednocześnie hołdem złożonym wszystkim tym, którym nie udało się przetrwać.



Conrad Anker i David Roberts, Zaginiony

Od wydawcy:

Opowieść o odnalezieniu George'a Mallory'ego na Evereście.

Rekonstrukcja wydarzeń skrywających największą zagadkę współczesnego himalaizmu – kto pierwszy postawił stopę na Evereście: Hillary i Norgay w 1953 r. czy Mallory i Irvine prawie 30 lat wcześniej? W 1999 r. Conrad Anker znalazł ciało Mallory’ego wraz z kompasem, wysokościomierzem i starannie zawiniętymi listami od ukochanej żony. Brakowało tylko jednego – zdjęcia Ruth Mallory, które himalaista obiecał zostawić na szczycie. Ani Anker, ani towarzyszący mu wspinacze nie odnaleźli też ciała Irvine’a, przy którym spodziewano się znaleźć aparat fotograficzny, a w nim być może zdjęcia ze szczytu najwyższej góry świata. Jakie były zatem dalsze losy dwójki himalaistów, gdy chmury skryły ich postaci na ostatnim ocalałym z wyprawy zdjęciu? Kto był pierwszy? Gdzie i jak zginał Irvine?



Jan Długosz, Komin pokutników

Od wydawcy:

"Komin Pokutników" to proza wyrastająca z doświadczenia. Jan Długosz był wybitnym taternikiem i alpinistą mającym potrzebę literackiego destylowania swoich górskich przeżyć. Był osobowością artystyczną, jak wielu ludzi gór przed nim i po nim. zdawał sobie sprawę z istnienia fascynującego zjawiska kulturowego zwanego piśmiennictwem tatrzańskim czy szerzej literaturą górską, i świadomie wpisywał się w ten żywy strumień polskiej refleksji o człowieku wobec żywiołu gór, o jego uczestnictwie w grze między kulturą i naturą. Pozostawił po sobie środowiskową legendę. Na szczęście to nie tylko to. "Komin Pokutników" to coś więcej niż klasyka literatury górskiej, to intrygująca proza artystyczna zakorzeniona i w naszej tradycji literackiej, i w życiu jej autora.



poniedziałek, 26 lipca 2021

Nie taka leniwa ta niedziela…

... była. Zawsze staramy się aktywnie spędzać weekendy niezależnie od pory roku. Jednak latem staramy się wyciskać te wszystkie możliwości jak cytrynę. To, jak spędzamy czas wolny zależy głównie od pogody i od ... mojego samopoczucia. Nie zawsze moje zdrowie pozwala nam na całodzienne wyprawy rowerowe czy na naprawdę długie piesze wycieczki. Wtedy najlepiej sprawdzają się ... pikniki. Mamy już tak, że o tej porze roku najlepsze pikniki to pikniki na łąkach i polach. Lubimy te sielskie obrazkiA jak piknik to i ciasto. Tym razem zabraliśmy ze sobą ciasto marchewkowe.











Latem, szczególnie gdy upadł daje nam się we znaki, obiady robimy szybkie i nieskomplikowane. Tym bardziej, że sporo czasu spędzamy poza domem. W moim przypadku to zazwyczaj dojadanie resztek z tygodnia. Choć gdyby nazwać to ładniej powinnam napisać, że nie chcąc marnować jedzenia wprowadzam w życie zasadę zero waste w kuchni :) Tym samym na moim talerzu wylądowały zapiekane warzywa z makaronem i żółtym serem bez laktozy. Cóż to za warzywa? Te, które znalazłam na naszym rynku. Żółta fasolka, cukinia, marchewka. Wszystko przyprawione ziołami prowansalskimi.



Lato ma to do siebie, że najlepiej smakują najprostsze przekąski. Siła tkwi w prostocie. I tę prostotę celebrujemy. Nie tylko jeśli chodzi o dania nieskomplikowane, ale też takie, które oparte są na produktach lokalnych. Gdyby pokusić się o bardziej naukową nazwę mogę śmiało powiedzieć, że stosujemy dietę paleolityczną. Zdecydowanie przekrojone awokado czy bardzo fotogeniczny owoc granatu na zdjęciach wyglądają rewelacyjnie, my musimy jednak zadowolić się zieloną fasolką z wody i zwykłymi morelami.




Ale żeby nie było... w niedzielny deser zaangażowałam się trochę i wyczarowałam sernik na zimno. Spód sernika to tarta upieczona na mące kokosowej, a to co w serniku najlepsze to połączenie mleczka kokosowego i galaretki wiśniowej. Dzięki temu mamy sernik bez glutenu i bez laktozy (galaretkę też trzeba kupić taką, która na pewno nie zawiera glutenu). A na samej górze królują wiśnie... Gdy sernik tężał w lodówce my na balkonie rozegraliśmy partyjkę w Scrabble.



Są i pierwsze w tym roku domowe powidła śliwkowe...




A na zakończenie dnia? Lampka wina przywiezionego z Jasła i emocjonująca lektura. Balkon okazał się miejscem idealnym.



sobota, 24 lipca 2021

Dziennik z podróży #12

Wypoczywając na Podkarpaciu korzystaliśmy zarówno z uroków pięknej i oszałamiającej przyrody, jak i z pobliskich atrakcji turystycznych historyczno-literackich. Gdy wybraliśmy się do Krosna nie mogliśmy nie odwiedzić i Żarnowca. Dlaczego? Dlatego, że właśnie w Żarnowcu znajduje się muzeum biograficzne Marii Konopnickiej. To właśnie ten dworek Konopnicka otrzymała w 1903 roku z okazji 25-lecia pracy twórczej w darze narodowym. Konopnicka mieszkała we dworku od wiosny do jesieni. Zimę spędzała najczęściej poza Polską. Po jej śmierci we dworku została jedna z jej córek, Zofia Mickiewiczowa, a z kolei po jej śmierci... historia zatoczyła koło. Zofia dworek ofiarowała ... narodowi polskiemu. Zgodnie z jej testamentem dworek wrócił do Polaków.

Przed spotkaniem z przewodnikiem obejrzeliśmy wystawę, która pokazuje Konopnicką nie tylko jako pisarkę czy poetkę, ale też jako podróżniczkę. Muszę przyznać, że zwiedzanie tego dworku było samą przyjemnością. Znowu było bardzo kameralnie, bo oprócz nas była jeszcze tylko jedna para. Pani przewodnik też się spisała. Oprowadziła nas po dworku przybliżając nam ciekawostki związane i z samą Konopnicką, a także z innymi jego mieszkańcami.









W drodze powrotnej do domu przejeżdżaliśmy obok Oblęgorka, a jak Oblęgorek to i pałacyk Henryka Sienkiewicza. Grzechem było nie zajrzeć. Ciekawe jest to, że ... na 25-lecie pracy twórczej społeczeństwo polskie zorganizowało zbiórkę, a cały dochód z tej zbiórki przeznaczono na pałacyk dla Henryka Sienkiewicza. Było to w 1900 roku. I właśnie w tym pałacyku z inicjatywy dzieci pisarza powstało muzeum. To swoiste muzeum pamiątek po Sienkiewiczu otwarto już w 1958 roku. Wrażenie jest imponujące...

Ale... przyjechaliśmy na miejsce i przeraziliśmy się. Tłumy, tłumy, tłumy. Na wejście do pałacyku czekaliśmy około 30 minut. Zebrała się spora grupa oczekujących, a gdy nadeszła odpowiednia godzina zostaliśmy wpuszczeni do środka i ... pozostawieni sami sobie. Tak, wszystkie sale i eksponaty były opisane, ale prawdę mówiąc liczyłam na przewodnika. Tym bardziej, że najpierw kazano nam czekać, a później wpuszczono wszystkich na raz. Warunki do zaczytywania się były średnio sprzyjające.








Maria Konopnicka i Henryk Sienkiewicz. Cieszę się, że udało mi się zwiedzić te dwa miejsca w ciągu jednego tygodnia. Wszak Henryk Sienkiewicz okazał się dobrym promotorem Marii Konopnickiej. To właśnie po jego pochlebnej recenzji zwrócono uwagę na talent Konopnickiej i to jego przychylność niewątpliwie pomogła jej w karierze.

To ostatni dziennik z podróży z tegorocznych wakacji. Mam nadzieję, że znaleźliście dla siebie coś ciekawego :)