wtorek, 31 marca 2020

Wielorazowe poszukiwane…


Jakiś czas temu pisałam na blogu o wielorazowych rzeczach, które sprawdzają się u mnie idealnie. Postawiłam na wielorazowość ze względu na ochronę środowiska, które niestety eksploatujemy na potęgę. Jednak wielorazowość to nie tylko ekologia, ale w dłuższej perspektywie i oszczędność pieniędzy. Wielorazowość to też nasze zdrowie. Z wielkim powodzeniem używam toreb wielorazowych, ale też i chusteczek do nosa czy płatków kosmetycznych. Te ostatnie uszyłam samodzielnie i muszę przyznać, że najtrudniej było przełamać początkowy sceptycyzm. Nie inaczej rzecz się miała z wielorazowymi … podpaskami.

Tak, wiem. Temat dość kontrowersyjny, ale…

Doskonale rozumiem, że to bardzo indywidualna i intymna sprawa. Jednak postanowiłam i ten temat poruszyć. Długo zastanawiałam się czy w ogóle jest sens przetestowania tego rozwiązania. Podchodziłam do tych podpasek bardzo nieufnie. Wszak komfort w te nieszczególne dni jest niesamowicie istotny. W końcu odważyłam się i …

Z całym przekonaniem nie będę stosować podpasek wielorazowych w dni, kiedy krwawienie jest najintensywniejsze. Bo mimo wszystko boję się, że mogą przecieknąć. Z całą pewnością nie będę stosowała podpasek wielorazowych poza domem. Bo nie wyobrażam sobie, żeby tak zabrudzoną podpaskę mimo szczelnego zapakowania w woreczek trzymać w … no właśnie… gdzie? W torebce?

Ale… doskonale sprawdzają się w momencie, kiedy te dni są tuż tuż i gdy dla zwyczajnego zabezpieczenia sięgam już po podpaski. Tak samo spokojnie można ich używać, gdy miesiączka już jest na finiszu i krwawienie jest znacznie słabsze. Takie podpaski doskonale też sprawdzają się u mnie jako dodatkowe zabezpieczenie w sytuacjach, kiedy sięgam po tampony.

Bardzo zależy mi na tym, żeby dbać o środowisko i najczęściej jak to możliwe sięgać po produkty wielorazowe. Niestety, nie w każdej sytuacji jestem na to gotowa. Nie wyobrażam sobie zupełnej rezygnacji z podpasek jednorazowych na rzecz wielorazowych. Są jednak pewne wyjątki. Myślę, że póki co znalazłam rozwiązanie pośrednie. 




sobota, 28 marca 2020

Birdwatching #5

Tym razem cały film należy do niej. Włochatka pokazana w pełnej krasie.

Polecam wytrwać do końca :)

Zapraszam tutaj

Autor: R. Kurowski




środa, 25 marca 2020

Kwiaty w moim domu (i nie tylko w domu)


Powiem tak. Nie jestem specjalistą od kwiatów. Jeśli już, to bliżej mi (przynajmniej w mojej przeszłości) do specjalisty od zabijania kwiatów. A jednocześnie nie wyobrażam sobie bez nich domu. Dlatego szukałam, szukałam, szukałam... 

Bo wierzyłam mocno w to, że ja swoich kwiatów po prostu jeszcze nie znalazłam. I pewnego razu stało się! 

Okazuje się, że są pewne kwiaty, które przeżyją w nieco trudniejszych warunkach, jakim okazuje się mój dom. W moim przypadku odpadają kwiaty, które wymagają częstej pielęgnacji, zraszania, nawadniania... I nie wynika to bynajmniej z mojego lenistwa, a raczej ze stylu życia. Dość często wyjeżdżam służbowo. W czasie urlopu zazwyczaj wybywam z domu na całe dwa tygodnie. A kwiaty muszą to przetrwać. 

Najbardziej wytrzymałe okazały się te...
Dracena. Bardzo ją lubię za jej bezproblemowość :)

Eszeweria. Też nie wymaga skomplikowanej pielęgnacji. Zobaczymy jak poradzi sobie podczas nadchodzących wakacji. Jedno trzeba jej oddać. Póki co jest wdzięcznym rekwizytem do blogowych zdjęć.


Krasula. Najmłodsza w rodzinie. Dopiero się jej uczę.

Komarzyca. Ten kwiat jest niezniszczalny! Bardzo żałuję, że nie zrobiłam jej zdjęcia w grudniu, kiedy z ziemi wystawał jedynie kikut. Dosłownie. To balkonowa roślina. Zimą zamarzła, ale … zabrałam ją do domu. Poobcinałam martwe gałązki i … odżyła. Już wiem, że w tym roku cały balkon będę miała w komarzycach!

Za nic w świecie nie przypomnę sobie nazwy tego kwiata. Wpadłam kiedyś do kwiaciarni po kwiaty do wazonu i palnęłam: "Proszę Pana, poszukuję kwiata, który nie wymaga hodowania w ziemi i nie trzeba go podlewać, tylko od czasu do czasu zraszać". Na co Pan: "Jest taki kwiat". Zabrałam do domu...

Macie jeszcze jakieś pomysły?

niedziela, 22 marca 2020

Kulinarnie #8



Akcja "Zostań w domu" mnie nie obejmuje, więc jak zawsze chodzę do pracy i jak zawsze więcej wolnego czasu mam jedynie w weekendy.

Ale... Ale to nie czas na kulinarne eksperymenty. Wszak wszelkimi zgromadzonymi zapasami trzeba dysponować rozsądnie. A mój piekarnik nie zawsze ze mną współpracuje. Dlatego sięgnęłam po sprawdzone rozwiązania i gotowe tartaletki! Zawsze wybieram te naturalne, co później daje mi możliwość wykorzystania ich albo do słonej przekąski, albo do słodkiego deseru. Tym razem padło na mini szarlotki na ciepło z lodami śmietankowymi i bakaliami.

Jabłka wcześniej przygotowałam na patelni. Dziewięć średniej wielkości jabłek potarłam, dodałam trochę syropu z agawy i sporą dawkę cynamonu. I podsmażyłam na maśle. Później przełożyłam je na tartaletki i do piekarnika. Deser pycha!



Zawsze, niezależnie od sytuacji panującej w kraju i na świecie, mierziło mnie marnowanie jedzenia. Wczoraj ugotowałam za dużo ziemniaków. Było ich na tyle dużo, że zostały po obiedzie. Jednak na tyle mało, żeby cokolwiek sensownego z nimi zrobić. Dlatego jeszcze wczoraj dogotowałam ziemniaki i dziś zrobiłam … kopytka. Część zjedliśmy do obiadu. Resztę podsmażymy sobie na kolację. I jeszcze kilka zabiorę ze sobą jutro do pracy. Nie mówiąc już o tym, że i sentyment dziś zakradł się do mojego serca. Kopytka zawsze kojarzą mi się z moim dzieciństwem.




piątek, 20 marca 2020

"Do lata piechotą będę szła..."

Tak, mimo wszystko myślę o lecie i o urlopie. Na tegoroczny wypoczynek jeszcze w styczniu mieliśmy takie plany: albo Austria (jedno z naszych marzeń), albo Puszcza Augustowska i Litwa, albo Wrocław i Pieniny, albo Górny Śląsk i Tatry. Już teraz wiemy, że Austria i Litwa odpadają. Urlop będziemy spędzać w Polsce. Pewnie też ze względu na finanse, bo … 

Tak, teraz najważniejsze jest zdrowie i życie. Ale kiedyś trzeba będzie wrócić do normalności i może okazać się, że pracy już nie mamy, że kryzys gospodarczy. Trudno teraz przewidzieć skutki obecnej sytuacji. Jedno jest pewne. Jak zawsze trzeba będzie odnaleźć się w nowych realiach.

I jeśli moje tegoroczne wakacje będą oznaczały włóczenie się po Polsce z namiotem i plecakiem na plecach to i tak będzie fajnie. Pod warunkiem, że obok mnie będą Ci, których kocham.

I tak sobie myślę, że to może być nawet ciekawe doświadczenie. Odkrywcami już nie będziemy, ale naturą jak najbardziej możemy się zachwycać nieustannie.

Nie będzie to wyprawa na miarę wypraw Arsenjewa, ale też będzie świetną i pouczającą przygodą. Jestem o tym przekonana. Teraz pozostaje nam wybrać jedynie kierunek... Macie jakieś pomysły?

A gdy wspomniałam już o Arsenjewie to odsyłam do kilku słów o dwóch książkach, które warto przeczytać (zajrzyjcie tutajtutaj).




wtorek, 17 marca 2020

Na krakowskim Kazimierzu...

Właśnie czytam "Listę Schindlera". Myślę, że wielu kojarzy ten tytuł. Jeśli nie książki, to filmu. 

Czytając wracam myślami do … zeszłorocznego urlopu. A część urlopu spędziłam właśnie w Krakowie. Nie obeszło się oczywiście bez włóczęgi po krakowskim Kazimierzu. Zwiedzaliśmy też Muzeum Fabrykę Oskara Schindlera. W swojej naiwności poszliśmy tam bez uprzedniej rezerwacji biletu. I to był błąd, który uświadomiłam sobie patrząc na kolejkę. Pouczeni przez obsługę szybko zarezerwowaliśmy sobie bilety on-line na następny dzień. 

Zresztą na Kazimierz wracaliśmy niejednokrotnie. Znaleźliśmy tam niezłą jadłodajnię. Było smacznie, niedrogo, przytulnie i czysto!

A tymczasem kilka zdjęć.




















niedziela, 15 marca 2020

Kulinarnie #7


Wczoraj w moim życiu zdarzyło się coś, co nigdy wcześniej nie miało miejsca. Polowałam na mięso. Nie w lesie, a w sklepie. Powinnam powiedzieć, że miałam szczęście, bo jednak z czymś do domu wróciłam. Ku zadowoleniu domowników. Nie miałam jednak wyboru. Choć nie! Wybór był! Pomiędzy luksusową cielęciną a skromnymi kośćmi! Wzięłam, co było. Dzięki temu dziś przychodzę do Was aż z dwoma przepisami!

Gulaszowa z cielęciną!


Składniki: wspomniana już niejednokrotnie cielęcina, cebula, marchew, pietruszka, seler, por, pieczarki, sól, pieprz, ziele angielskie, liście laurowe, słodka papryka, odrobina kurkumy, majeranek, przecier pomidorowy. Najpierw na maśle podsmażam cielęcinę pokrojoną w kostkę, a później zalewam ją wodą i dodaję po kolei pozostałe składniki oraz przyprawy. Gotuję na małym ogniu ok godziny i trzydziestu minut.

Krupnik na kościach!


Składniki: kości, cebula, marchew, pietruszka, seler, ziemniaki, kasza jęczmienna, pieprz, ziele angielskie, liście laurowe, majeranek. Najpierw gotuję wywar kościowo-warzywny z przyprawami, później dodaję ziemniaki, a na końcu kaszę. Gotuję na małym ogniu około godziny wywar, później ok trzydziestu minut po dodaniu ziemniaków i kolejne trzydzieści minut po dodaniu kaszy.

Jak zauważyliście obie potrawy łączy jedna z moich ulubionych przypraw - MAJERANEK.

Smacznego :)

sobota, 14 marca 2020

Kosmetyczka #5

Moje nowości zakupowe z Miodowej Mydlarni zanim wybuchła panika koronawirusowa. 

W życiu nie pomyślałabym, ile może się zmienić w tak krótkim czasie... To, co się dzieje teraz, przeraża mnie. Innego słowa nie znajduję. Nie będę rozpisywać się o szturmowaniu sklepów. Nie chcę uogólniać. Nie będę pisać o lekkomyślności co niektórych obywateli. Nie chcę uogólniać.

Napiszę za to kilka słów o kosmetykach, które całkiem niedawno pojawiły się w mojej łazience. Bo ręce myłam zawsze i często :)



Peeling do twarzy dla cery mieszanej i tłustej. Czarny bez z arbuzem i goździkiem. Do tego marokańska glinka Ghassoul i mielone płatki owsiane. To najlepszy peeling jaki miałam kiedykolwiek! Swoje zadanie spełnia idealnie. A (co dla mnie najważniejsze) skóra po użyciu tego peelingu jest nawilżona! Bo przesuszona skóra po peelingu to była moja dotychczasowa zmora. Ten peeling to zakup stulecia. Z pewnością będę go regularnie stosować.


Relaksacyjna sól do kąpieli LAWENDOWE WZGÓRZA (sól morska, sól siarkowo-magnezowa, mączka owsiana i glinka fioletowa). Wiem, wiem, wiem! W obecnej sytuacji wydaje się zbędna. Ale póki jest to z niej korzystam. Ostatnio miałam inną sól z Miodowej Mydlarni - LAS O PORANKU i tamta była o niebo przyjemniejsza. Ten obłędny zapach sosny! Ale cóż... Teraz doceniam i Lawendowe wzgórza....



Mydło! Któż by przypuszczał, że mydło może za chwilę stać się towarem deficytowym! A takie mydło - LEN Z PYŁKIEM PSZCZELIM (olej kokosowy, oliwa z oliwek, olej słonecznikowy, olej palmowy, olej lniany, olej rycynowy, wosk pszczeli, gliceryna, siemię lniane, pyłek pszczeli, olejek zapachowy) będzie wręcz rarytasem! Nie pasuje mi tylko ten olej palmowy, ale Miodowa Mydlarnia ostatnio poinformowała nas, swoich szanownych klientów, że w kolejnej produkcji rezygnuje z tego składnika, co mnie bardzo cieszy. A mydło? Świetne! Doskonale dba o moją skórę w codziennej pielęgnacji. Gdybym wiedziała, że tak dobrze będzie się sprawdzać kupiłabym nieco więcej :)

Miłego dnia!

wtorek, 10 marca 2020

Obiecuję, że to ostatnie zdjęcia z Warszawy...


W jednej z części tego budynku mieścił się nasz hostel.

Ascetycznie. Choć w tym przypadku zupełnie wystarczające.

Widok z okna.

Obok Zachęty.





W Muzeum życia w PRL.

Zestaw obowiązkowy musi być.




Kolejne podwórko, na które musiałam zajrzeć.





Tutaj zjadłyśmy pyszny obiad. Klasyczny. Porcja była bardzo solidna.

Detale.




Pomnik nauczycielom podejmującym trud nauczania w czasie okupacji hitlerowskiej.

Sw. Anna.



Pałac Ujazdowski. Kiedyś były tu m.in. lazarety wojskowe.


Koniec. Do następnego razu :)