niedziela, 29 listopada 2020

W pogoni za Chopinem…


Wojażowych wspomnień ciąg dalszy. Tym razem Żelazowa Wola, którą odwiedziłam jakiś czas temu. To była jesienna podróż...













Z tej podróży przywiozłam książkę Benity Eisler "Pogrzeb Chopina", o której chciałabym co nieco napisać.




Benita Eisler w swojej książce prowadzi czytelnika przez najbardziej kluczowe momenty z życia Fryderyka Chopina. I nie skupiła się wyłącznie na jego twórczości artystycznej, ale przede wszystkim na jego relacjach z innymi. Nie pomięła oczywiście najważniejszych punktów kariery słynnego kompozytora i pianisty, ale nie to było dla niej pierwszoplanowe. Kiedy talent Chopina został zauważony? W jakich warunkach tworzył? Jak był odbierany przez innych? Jak poradził sobie na emigracji? Co determinowało jego twórczość? To tylko kilka pytań, na które odpowiedziała autorka. 

Tęsknota. Zdaje się, że to jedyna stała emocja, która towarzyszyła Chopinowi przez całe życie. I nawet nie chodzi tu o tęsknotę za kimś konkretnym, a raczej tęsknotę za tym, co utracone. Utracone bezpowrotnie. Tęsknota za Polską, do której już nigdy nie wrócił, choć miał taką okazję, gdy władze carskie ogłosiły amnestię. Tęsknota za Nohant, tym rajem na ziemi, z którego został wygnany. To w Polsce jego talent dostrzeżono bardzo szybko. To cudowne dziecko, któremu należy zapewnić idealne warunki w miarę możliwości, aby tego talentu nie zmarnować. A warunki do najłatwiejszych nie należały i nie chodzi tu jedynie o ograniczenia finansowe. Trzeba pamiętać, że Polska była wtedy pod zaborami, a Warszawa była prowincjonalnym miastem wielkiego Imperium Rosyjskiego. A Nohant? To tu George Sand dwoiła się i troiła, aby geniusz mógł pracować. Tym bardziej, że poważne kłopoty ze zdrowiem były dla Chopina sporym ograniczeniem. To Chopin był tu najważniejszy. Do czasu… 

Mimo tego, że Chopin zawsze miał szczęście do ludzi, którzy otaczali go opieką nie potrafił budować prawdziwych i trwałych relacji. I przyznam, że obraz Chopina, który wyłania się z tej publikacji nie wzbudził we mnie sympatii. Chopin to bardzo ekscentryczny egocentryk. Jednym zdaniem mogłabym tak scharakteryzować jego postać. Był bardzo wymagający od innych. Miał duże oczekiwania. Ale co dawał w zamian? Tak, był bardzo wrażliwy i sentymentalny, ale to on zawsze musiał być w centrum uwagi. Kochał luksus, choć nie zawsze mógł sobie na to pozwolić. Był podziwiany, a jego muzyka wzbudzała zachwyt i uznanie, a mimo to stronił od wielkich sal koncertowych. Był niezwykle pożądanym nauczycielem muzyki, choć wydawał się mało przystępnym człowiekiem. 

Benita Eisler zwróciła uwagę na jeszcze jeden problem, który wyostrzył się przede wszystkim w emigracyjnym życiu Chopina. Zawsze był od kogoś uzależniony. A przez wiele lat był uzależniony od George Sand. I tej relacji autorka poświęciła najwięcej miejsca w swojej publikacji.

Uważam, że warto sięgnąć po tę książkę, bo skupia się ona przede wszystkim ma portrecie psychologicznym Chopina, co pozwala spojrzeć na niego z nieco innej pespektywy. Chopin wszędzie i zawsze był outsiderem. Nie pasował do miejsc i ludzi, którymi był otoczony. I pewnie on sam nie do końca zdawał sobie sprawę, dlaczego tak jest. Czy to kompleksy wynikające z chłopskiego rodowodu jego ojca? Czy to niedopasowanie, które zawsze towarzyszy geniuszowi? Czy to poważne problemy zdrowotne, które nie pozwalały mu na stuprocentowe wykorzystanie swojego potencjału i swoich sił? Czy to życie na emigracji i oczekiwania innych wobec niego? Czy genezy należy upatrywać wyłącznie w jego dzieciństwie, kiedy po śmierci równie utalentowanej siostrzyczki rodzice Chopina właśnie jego wynieśli do rangi cudownego dziecka, któremu wszystko się należy? Czy to zbytnia wrażliwość? Skąd ta nieumiejętność w budowaniu relacji? Z pewnością wiele czynników miało wpływ na to, że życie Chopina nie zawsze było usłane różami, a wręcz przeciwnie.

czwartek, 26 listopada 2020

Każdy człowiek ma swoją godność.



I nikt nie powinien mu jej odbierać. Niezależnie od jego pochodzenia, wiary czy statusu społeczno-ekonomicznego. Każdy człowiek ma też swoje granice wytrzymałości… I właśnie o tym opowiada nam reżyser (Ladj Ly) rewelacyjnego filmu Les Misérables. I doskonale wie, o czym mówi, ponieważ sam wychował się w na paryskich przedmieściach. 

Chris (Alexis Manenti), Gwada (Djibril Zonga) i brygadier Stephane Ruiz (Damien Bonnard). To zespół policjantów, którzy patrolują ulice Montfermeil. Mają obserwować, zapobiegać przestępstwom, dbać o porządek, nie dopuścić do zamieszek. Cel jest jasny. A jak ten cel osiągną to już ich sprawa. Mają przyzwolenie swoich przełożonych na działania wszelakie, aby tylko był spokój. Grupą policjantów dowodzi Chris. A Chris działa zdecydowanie i brutalnie. Bo tylko tak może zdobyć szacunek mieszkańców wyklętych blokowisk. Ma swoich ludzi po tej ciemniejszej stronie. Ma swoich informatorów. Ma władzę… Ale czy na pewno? Czy to tylko jego przeświadczenie?

Issa (Issa Perica). To młody chłopak pochodzący z wielodzietnej rodziny. Niestety sprawiający nader często kłopoty swoi rodzicom. Poznajemy go w momencie, gdy po kolejnym wybryku ze strachu przed gniewem ojca uciekł z domu. Wydawać by się mogło, że nie bardzo się tym przejmuje. Wszak nie jest sam. Ma mnóstwo przyjaciół, z którymi spędza beztroskie dnie. Jest lato, więc może przespać się gdziekolwiek. A wystarczy jedynie przeczekać złość ojca. Ale Issa wpada na pomysł, aby Cyganom ukraść małe lwiątko. Zabawa przednia. Lwiątko cudowne. Tylko Issa nie zdaje sobie sprawy jaką machinę właśnie uruchomił. Bo wściekli Cyganie nie odpuszczą. Odgrażają się. I każdy wie, że nie blefują. Sprawą postanawia zająć się Chris. W pewnym momencie sprawy wymykają się spod kontroli…

I tu następuje totalny konflikt interesów. Nawet w ich trzyosobowym zespole policjantów. Stephane na pierwszym miejscu stawia życie i zdrowie Issy. Chris wręcz przeciwnie. Co tam dzieciak! Trzeba znaleźć tego przeklętego drona i przechwycić kartę. Nie można dopuścić do tego, aby film został upubliczniony. A Gwada? A Gwada jak zawsze nie zamierza sprzeciwić się przełożonemu… 

Jak kończy się cała historia? Zwyciężył Chris. Karta odzyskana. Chłopak żywy. Lwiątko odnalezione i oddane Cyganom. Ale to pozorne zwycięstwo. Nie zdaje sobie sprawy co czeka go jutro. Bo upokorzony Issa szykuje odwet!

To gorzki film. Obnaża całą prawdę. Smutną prawdę. Tu każdy przeżywa swój dramat. Tu nie ma dobrych i złych. Trudno to jednoznacznie ocenić. Tak naprawdę każdy stoi na przegranej pozycji… I każdy w swojej walce jest osamotniony. 

Pozory. Żyjemy w świecie pozorów. Nawiążę jeszcze do sceny otwierającej film. Uśmiechnięty Issa wraz z kolegami udaje się do centrum Paryża, aby razem ze wszystkimi kibicować reprezentacji Francji. I wszyscy radośnie wiwatują, gdy Francuzi wygrywają w Mistrzostwach Świata w Piłce Nożnej. W tym momencie wszyscy stanowią jedność. Ale tylko na chwilę…




wtorek, 24 listopada 2020

niedziela, 22 listopada 2020

monika olga szyje #23

Maseczki... Od marca temat cały czas aktualny i na razie nic nie zapowiada zmian. Choć wkroczyliśmy w "etap odpowiedzialności"... Tak, odpowiedzialność to moje drugie imię. Dlatego wczoraj po raz kolejny szyłam maseczki. Trzecie szycie maseczek i trzecia maseczkowa wariacja.

Oto najnowsze!





Dla przypomnienia. Tak wyglądają maseczki marcowe...





... a tak maseczki sierpniowe.






Najważniejsze, że są wielorazowe. Nie chcę nawet myśleć o tym, jak jednorazowość znowu odbije się na naszej planecie. Pal licho jednorazowe maseczki. Gorzej sprawa wygląda z jednorazowymi rękawiczkami...

piątek, 20 listopada 2020

Każdy ma jakąś manię…

... a przynajmniej tak się pocieszam. Myślę, że nie jestem w tym odosobniona i teraz częściej, niż zazwyczaj przeglądam zdjęcia z czasów, gdy nie było żadnych lockdown'ów, obostrzeń, stref czarnych, czerwonych, żółtych, zielonych...

I zauważyłam pewną powtarzającą się manię. Robienie autoportretów. Fotografowanie wąskich uliczek i ulicznych lamp. Nagminne robienie zdjęć czarno-białych, zdjęć w sepii i jeszcze w czymś. Uwiecznianie tych samych kadrów w kolorze, w sepii, i w wariancie czarno-białym. 

Naprawdę nie wiem, o co mi chodziło :) Na dowód dołączam kilka zdjęć z naszej czeskiej wyprawy.

Bardzo lubię to zdjęcie.







Z delikatnym uśmiechem na twarzy.













I bez uśmiechu.


środa, 18 listopada 2020

Kwiaty w moim domu

Kiedyś już pisałam taki post (tutaj). Od marca trochę się zmieniło. Nie wszyscy przeżyli!

Nie ma już w moim domu krasuli, ani paproci (pojawiła się w maju, a pożegnałam się z nią już na początku listopada). I krasula, i paproć uschły...

Dracena i eszewerie radzą sobie bardzo dobrze. Tak samo palma, która ozdabia nasz dom od kwietnia. Skrzydłokwiaty jak zawsze: raz lepiej, raz gorzej.

Pojawiło się kilka nowych kwiatów. Drzewko szczęścia (na razie ok), kalia (tu nie mam już złudzeń, nie przeżyje) i jeszcze jeden kwiat, którego nazwy za nic w świecie nie pamiętam, ale trzyma się dobrze :) I bromelia... też nie wróżę jej przyszłości w moim domu...

Ostatni kwiat kupiłam na balkon. Niestety nazwy też nie pamiętam :) Pod koniec października zabrałam go do domu. Może przetrwa. Gdy jesteśmy już przy kwiatach balkonowych to moja słynna komarzyca ma się świetnie! Jeszcze jest na balkonie. Dopiero jak będą przymrozki zabiorę ją do domu. 



Nie pamiętam nazwy, ale podoba mi się :)


Mam nadzieję, że palma zostanie z nami długo...

Dracena jak zawsze dobrze.

Drzewko szczęścia póki co też dobrze.

Skrzydłokwiaty i nowe domiczki.

Bromelia nie przeżyje...

Ani kalia :(

Zamiokulcas zamiolistny. Jak ja mogłam o nim zapomnieć?!

Eszeweria nadal cieszy oczy.




Niezniszczalna komarzyca! Też ma nową doniczkę.



Nie pamiętam jak się nazywa. Mam nadzieję, że przetrwa...