sobota, 30 października 2021

Tęskniąc za….

Zaczęłam słuchać audiobooka o Zofii Stryjeńskiej i ... zatęskniłam za Warszawą, za Krakowem, za Zakopanem...

















Przeglądając zdjęcia uświadomiłam sobie, że nie posiadam ani jednego zdjęcia Zakopanego, mimo tego, że bywałam tam kilkukrotnie! Przy najbliższej możliwej okazji muszę to zmienić :)

wtorek, 26 października 2021

W starym kinie: Ina Benita

Bohaterką dzisiejszego wpisu jest wspaniała Ina Benita! Famme fatale polskiego kina dwudziestolecia międzywojennego. Zrobiła zawrotną karierę, którą brutalnie przerwał wybuch wojny. Biografia samej Iny Benity mogłaby posłużyć za scenariusz arcyciekawego filmu. W czasie okupacji Benita występowała w jawnych teatrach, a także związana była z polskim podziemiem. W okupowanej Warszawie po raz ostatni widziana była podczas Powstania Warszawskiego, kiedy schodziła do kanałów. Jej powojenne losy owiane zostały tajemnicą… do czasu. Były zawiłe i burzliwe. Tak samo jak jej związki…




Ale dziś o starym kinie. Wybrałam cztery filmy, w których Benita gra główną rolę. Wszystkie łączy jedno – to komedia pomyłek. Wszystkie mają jeszcze jedną wspólną cechę – szczęśliwe zakończenie. I takie filmy chcę oglądać :)

„Jaśnie pan szofer”

To film fabularny z 1935 roku (z 80 minut filmu zachowało się 50 minut). W tym filmie Benicie (Hania, córka Pudłowicza) partneruje Eugeniusz Bodo (hrabia Karol Boratyński). Prezes Pudłowicz, chcąc ratować trudną sytuację finansową rodziny, postanawia… bardzo dobrze wydać córkę za mąż. Tak, to małżeństwo to zwykła najzwyklejsza transakcja. Szkopuł w tym, że sam zainteresowany, hrabia Boratyński, nie bardzo wie o tejże transakcji. Niby wszystko miało być utrzymane w tajemnicy, ale prezes Pudłowicz zadbał o to, by do prasy przedostały się odpowiednie informacje. I to właśnie dzięki temu właściwy hrabia Boratyński dowiaduje się o swoim ożenku. Postanawia sprawdzić, kim jest jego rzekomo świeżo poślubiona małżonka. W mieszkaniu Pudłowiczów melduje się jako … szofer hrabiego Boratyńskiego. Tu dowiaduje się, że za chwilę wybierają się do Krynicy-Zdrój. I zaczęło się….To była naprawdę ciekawa podróż. Choć prezes Pudłowicz nie mógł zrozumieć jak szofer może być taki zadufany w sobie, taki niepokorny, taki wygadany…. I skąd szofer tak świetnie zna francuski? I dlaczego w hotelu zajmuje apartament? I skąd posiada taką garderobę? Powoli wszystkie nieporozumienia zostają wyjaśnione….

„Jego ekscelencja subiekt”

To film z 1933 roku, w którym Benicie (Ania, córka Poreckich) towarzyszy również Eugeniusz Bodo (subiekt Jurek Czermoński i radca Chełmoński). Fabuła podobna. Rodzina Poreckich znajduje się w fatalnej sytuacji finansowej. Jedyne wyjście z sytuacji to jak najlepiej wydać córkę za mąż. Kandydat dosłownie spadł im z nieba. Nieoczekiwanie na wydawanym przez nich przyjęciu sylwestrowym zjawił się … radca Chełmoński. Oczywiście prawda była zupełnie inna, ale miała wyjść na jaw nieco później. Tymczasem Jurek (rzekomy radca Chełmoński) nie wyprowadza towarzystwa z błędu i doskonale wciela się w przypisaną mu rolę. Nie przewidział tylko jednego – miłości. Tak, on i Ania zakochali się w sobie. Wszystko byłoby idealnie, gdyby Jurek w rzeczywistości nie był … zwykłym subiektem. Co prawda był subiektem w ekskluzywnym domu mody Bogusława Hersego. W dodatku był subiektem uwielbianym przez klientki. Nie mniej nie takiej partii dla swojej córki szukali Poreccy. Prawda kiedyś musiała się wydać. Ale… nie tylko on był nieuczciwy…

„Ja tu rządzę”

Komediofarsa z 1939 roku, która niestety nie zdążyła wejść na ekrany kin przed wybuchem wojny. Jednak niemiecki okupant pozwolił na jej premierę. Spóźniona, ale się odbyła…

Tym razem Benicie (Joasia, córka właściciela warsztatu szewskiego) partneruje Zbigniew Rakowiecki (hrabia Józio Lulewicz).

On, hrabia Józio Lulewicz, młody, przystojny, bogaty i beztroski. Czas spędza na hulankach i zaspokajaniu wszystkich swoich zachcianek. Wszak i tak za wszystko płaci mamusia. Gdy wraz ze swoim przyjacielem wpadają na pomysł założenia własnego teatru nie wahają się ani chwili. Potrzebują tylko pieniędzy! 20 000 zł! Cóż to jest dla matki hrabiego?! Wystarczy mamusię poprosić. Jakież było zdziwienie Józia, gdy od matki usłyszał: nie!

I tak, na złość matce, Józio pod przybranym nazwiskiem zatrudnia się u szewca. Tego matka nie przeżyje! Zapłaci każde pieniądze, aby ten skandal zdusić w zarodku. Hrabia Lulewicz terminuje u szewca! Nic to, że Lulewicz nie zna się na żadnej pracy. Rozmowę kwalifikacyjną u szewca przeszedł pomyślnie, bo aby być dobrym szewcem trzeba … dobrze śpiewać. A to Lulewicz potrafi doskonale. Jego plan nieco się skomplikował, gdy do domu wróciła ona – Joasia! To ona tu rządzi! To ona trzyma cały warsztat twardą ręką! To ona w końcu skradła serce Lulewicza, który zakochał się na zabój! To uczucie było tak silne, że Lulewicz postanowił zrezygnować z pieniędzy matki, z tego życia, które wiódł do poznania Joasi, bo … to ona nadała sens jego życiu.

Ale przyjaciele Lulewicza, którzy cały czas żyli swoimi marzeniami o teatrze postanowili zrobić wszystko, aby Joasia odrzuciła Lulewicza. Wtedy on wróci do matki i wszystko z powrotem wskoczy na dawne tory. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna… Joasia też musiała ustąpić. Teraz nie ona tu rządzi, a zakochane serce!

„Sportowiec mimo woli”

Kolejna komedia pomyłek. Tym razem film z 1939 roku, który premierę miał dopiero w 1940 roku.

W tej komediofarsie Benicie (Lili Madecka) towarzyszy Aleksander Żabczyński (Jerzy Piątek).

Piękna Lili! Urocza, inteligentna, pochodząca z bogatej rodziny, wesoła, wysportowana, korzystająca ze wszystkiego, co oferuje jej życie. Czegóż chcieć więcej? Ukochana córeczka tatusia. A tatuś to znany przemysłowiec i zapalony kibic hokeja. Chlubi się tym, że jego zakładowa drużyna hokejowa jest niepokonana i nie ma sobie równych. O zwycięstwo w zbliżających się rozgrywkach, które mają odbyć się w Zakopanem jest spokojny. Jest tak pewny swego, że bez wahania zakłada się ze swoim przeciwnikiem, baronem Dropsem. Stawka jest wysoka: ręka panny Lili. Pech chciał, że bramkarz Metalu (drużyna Madeckiego) ma kontuzję i … zwycięstwo po raz pierwszy wisi na włosku, Na gwałt trzeba znaleźć zastępstwo! Szczęście w nieszczęściu, że do Warszawy właśnie zawitał hokeista z Kanady, Jerzy Piątek. Może zgodzi się wyratować z opresji Madeckiego. Trzeba tylko się z nim spotkać i wszystko ustalić. Jednak na spotkanie przychodzi… Czwartek, fryzjer (Adolf Dymsza). I zaczął się galimatias… Czwartek nawet nie potrafi jeździć na łyżwach! Ale gdy dowiaduje się, o jaką stawkę toczy się gra, robi wszystko, by … wygrać! A tymczasem Piątek zakochuje się w ślicznej Lili i niemal do końca gra swoją rolę, aby tylko być blisko niej…






poniedziałek, 25 października 2021

Jesienna Bydgoszcz

Bardzo się cieszę, że kolejny felieton z cyklu Okiem ptasiarza został przez Was tak dobrze przyjęty. Wszystkie Wasze komentarze przekazałam autorowi i myślę, że to najlepsza motywacja do dalszej pracy. Zatem kolejny ptasi felieton w listopadzie :)

A tymczasem mam dla Was kilka zdjęć jesiennej Bydgoszczy.

Długo czekaliśmy na pełną rekonstrukcję tej fontanny.

Jedyne jesienne drzewko?

Przy wejściu do mojego ukochanego kina...

... i do kawiarni :)

Lubię stare kamienice...

... szczególnie, gdy są odnowione.

I te klatki schodowe!


Widok z pewnego okna...

Jesień w pełni.

W pobliżu Filharmonii Pomorskiej.

W drodze na Stary Rynek.

Czyż nie jest piękna?


sobota, 23 października 2021

Kulinarnie #39

Bohaterem dzisiejszego wpisu jest on - krem na bazie Octu Balsamicznego z Modeny! Okazał się rewelacyjny! Z jednej strony delikatny, a z drugiej o wyrazistym smaku. Idealnie nadaje się jako dodatek do sałatek, ale .... ja go polubiłam (i to bardzo) i wykorzystuję jako marynatę do mięs (szczególnie do wieprzowiny i wołowiny).

Gdy marynuję mięso w tym kremie nie potrzeba już wielu przypraw, aby uzyskać danie o wyraźnym, ale nienachalnym smaku. Dorzucam tylko kilka warzyw i dość długo duszę na małym ogniu. Palce lizać :)











środa, 20 października 2021

Okiem ptasiarza #3

Dzikie gęsi

Nie wiem jak wam, ale mi jesień kojarzy się z intensywnym przelotem ptaków ciągnących na zimowiska. Najbardziej widowiskowy jest z pewnością przelot dzikich gęsi. Widząc taki klucz nie ma chyba osoby, która nie podniesie głowy i z sentymentem nie spojrzy na te dzielne ptaki przemierzające tysiące kilometrów. Ale, ale …co to są te „dzikie gęsi”? 

Otóż okazuje się, że pod tą potoczną nazwą kryje się kilka gatunków gęsi szarych. Przez Polskę przelatują gęsi tundrowe, białoczelne, gęgawy, zbożowe, krótkodziobe i małe. Pierwsze trzy gatunki stanowią 99,9% wszystkich gęsi lecących w kluczach. Trzy ostatnie to rzadkości wyłuskiwane z wielką przyjemnością przez zapatrzonych w lunety ptasiarzy. Ich wypatrzenie i odróżnienie stanowi nie lada wyzwanie. My skupmy się na tych 99,9% ptaków. Jak wyglądają? Najczęstsza z nich jest gęś tundrowa. Jak sama nazwa wskazuje zamieszkuje… tundrę. Jest to gęś z ciemną głową, pomarańczowymi nogami i czarno-pomarańczowym dziobem.

Gęsi tundrowe

Duże stada tworzą gęsi białoczelne. Łatwo je rozróżnić po białym czole i pręgach na piersiach. Lecąc nie gęgają jak gęsi tundrowe a… szczekają jak młode pieski. Zamieszkują daleką tundrę.

Gęsi biaołoczelne

Gęgawa to jedyna gęś, która lęgnie się w naszym kraju, nie mniej część ptaków przylatuje z Rosji i Skandynawii. Jest największa, jasna i ma różowe nogi i różowy mocny dziób.

Gęgawy

Aby było ciekawiej, wśród gęsi szarych zdarzają się….kolorowe rodzynki. Te rodzynki to bernikle. Najciekawiej ubarwiona jest bernikla rdzawoszyja. W Polsce notuje się do kilkunastu stwierdzeń tego gatunku w ciągu roku. Nie mniej rzadka i głównie związana z wybrzeżem jest cała czarna bernikla obrożna. O wiele częstsze są bernikle białolice i kanadyjskie. 

Trzy bernikle rdzawoszyje

Bernikla obrożna




Bernikle białolice


Warto dodać, że gęsi przegląda się nie tylko ze względu na rzadkości, ale również dla obrączek, a raczej ….obroży. Średnio jeden ptak na tysiąc ma założony przez obrączkarza na szyi kołnierz z indywidualnym kodem, który można odczytać przez lunetę nawet z 500 metrów. Ptakom to nie przeszkadza, a ornitolodzy mogą dzięki temu badać migrację tych dalekodystansowych wędrowców. Żeby uwidocznić dystans jaki pokonują gęsi, niech będzie ta historia ptaka odczytanego na jednym z kujawskich pól. Ptak przelatując nad Polską miał już 4000km w skrzydłach.

Przelot jednej z gęsi białoczelnej

Dokąd lecą gęsi? Ano nie do Afryki jak się utarło. Ich zimowiska to Europa Zachodnia, głównie Holandia i Niemcy. Ze względu na brak zim i coraz większej ilości pól kukurydzianych, na rżyskach których głównie żerują te ptaki, coraz częściej ostatnim przystankiem jest dla nich również Polska.

A na koniec zagadka. Jakie gatunki tu widzimy?

Gęsi


Autor tekstu i zdjęć: R. K.



wtorek, 19 października 2021

Kulinarnie #38

Sałatka makaronowa. Idealna wtedy, gdy nieco chcemy urozmaicić kolację, ale... spokojnie możemy też zabrać ją do pracy.

Sałatka makaronowa, a w niej... makaron, żółty ser, czerwona fasolka z puszki, czerwona papryka, przyprawy (świeżo zmielony pieprz i słodka papryka) i majonez.

Jest to o tyle świetna sałatka, że można ją przyrządzić w wersji bezglutenowej i bez laktozy, a zajadać może się nią cała rodzina. Od kilku miesięcy jestem (choć nie zawsze konsekwentnie a zawsze odczuwam skutki mojej niekonsekwencji) na diecie bezglutenowej i bez laktozy i dopiero teraz mogę powiedzieć, że opanowałam ... zakupy odpowiedniej żywności. Zależało mi na tym, aby w miarę możliwości gotować tak, aby wszyscy mogli zjeść ten sam posiłek bez smakowych uszczerbków... Tak to ujmę :)



niedziela, 17 października 2021

Książki z podróży #3

Dziś kolejna odsłona książek, które przywiozłam z moich małych wojaży...

Swego czasu, wracając z jednej z górskich wypraw, postanowiliśmy w drodze powrotnej do domu zwiedzić Muzeum Auschwitz-Birkenau. Na zwiedzanie tego muzeum trzeba zarezerwować sobie kilka ładnych godzin. Zwiedzanie wyłącznie z przewodnikiem w kilkuosobowych grupach. My na zabranie naszej grupy i zwolnienie się przewodnika czekaliśmy ok 20 minut. To była wstrząsająca, ale potrzebna lekcja historii.

Korzystając z okazji nie mogłam nie nabyć kilku publikacji. Tym razem Gideon Greif, „…płakaliśmy bez łez…” Relacje byłych więźniów żydowskiego Sonderkommando z Auschwitz.

To nie jest lektura ani łatwa, ani lekka. Wręcz przeciwnie. To wstrząsające świadectwa ludzi, którzy zostali zmuszeni do udziału w ludobójstwie na masową skalę. Czy mogli coś zrobić, aby ocalić te setki tysięcy istnień ludzkich? Nie! Niczego nie mogli zrobić, przecież też byli więźniami obozu koncentracyjnego! Czy mogli się zbuntować? Szanse powodzenia były marne, ale jednak ten jeden jedyny raz spróbowali! Doskonale zdawali sobie sprawę, że upadek Niemiec zbliża się coraz szybciej, a wtedy czekała ich pewna śmierć. Niemcy nie pozwolą, aby świadkowie ich zbrodni zostali przy życiu! Jak? Jak mogli to wytrzymać? Jak mogli zgodzić się na taką pracę? A cóż innego mogli zrobić?! Zresztą każdego dnia budzili się ze świadomością, że może dziś to oni zostaną zlikwidowani. Ale mieli jeden cel – dać świadectwo, ocalić od zapomnienia, powiedzieć światu, co tak naprawdę działo się w Auschwitz i jak wyglądał Holokaust.

Zabrzmi to strasznie, ale Niemcy byli doskonale zorganizowani. Tak zaplanowali cały proces ludobójstwa, aby był jak najbardziej wydajny. A Sonderkommando bardzo często i tak pracowało na dwie zmiany! Wszystko było skrupulatnie zaplanowane, a do obsługi całego przedsięwzięcia potrzeba było niemało ludzi. Tu każdy miał swoje ściśle określone zadanie. Jedni pilnowali, aby ludzie przeznaczeni do gazu rozebrali się, inni te rzeczy sortowali i ładowali na samochody, inni prowadzili ludzi do komory gazowej, jeszcze inni wynosili z tej komory ciała, inni wyrywali złote zęby i koronki, inni obcinali kobietom włosy, inni zdejmowali całą biżuterię, a jeszcze inni protezy, inni ładowali ciała do windy, jeszcze inni na specjalne nosze, a jeszcze inni wkładali ciała do krematoryjnych pieców, inni sprzątali komorę gazową, aby była gotowa na przyjęcie kolejnych ludzi nie wzbudzając w nich żadnych podejrzeń. Wstrząsające! A jednak wydarzyło się naprawdę.

Dlaczego ci, którzy zostali zmuszeni (celowo to podkreślam, bo do pracy w Sonderkommando nikt nie zgłosił się na ochotnika) do pracy przy komorach gazowych i w krematorium, a którzy ocaleli przez całe lata ukrywali ten fakt? Czyżby czuli się winni? Czyżby czegoś się obawiali? I tu perfidność Niemców zostaje obnażona ponownie. To oni, mordercy odpowiedzialni za Holokaust po wszystkim próbowali uczynić współodpowiedzialnymi swoje ofiary! Przecież to ludzie z Sonderkommando okłamywali tych, którzy zmierzali do komory gazowej. To oni ich uspokajali. To oni ich ponaglali. To oni wpychali ich do komór. To oni ryglowali drzwi. To oni później usuwali ciała i zacierali ślady.

Jak to się stało, że niektórzy członkowie Sonderkommando zostali przy życiu? Udało im się! Armia Czerwona zbliżała się szybciej, niż przypuszczano i to ich uratowało. Niemcy zaczęli w popłochu i chaosie ewakuować obóz i to była dla nich szansa, aby wtopić się w tłum innych więźniów i razem z nimi opuścić obóz. Ale to nie koniec ich męczarni, ponieważ to oznaczało, że przed nimi długa droga – droga śmierci. A celem tego marszu jest kolejny obóz koncentracyjny. Jednak członkowie Sonderkommando tym razem byli w nieco lepszej sytuacji, co wzbudzało pewne podejrzenia wśród strażników. Dlaczego? Ano dlatego, że byli o wiele lepiej ubrani, niż pozostali więźniowie. Mieli dostęp do ubrań po ofiarach, stąd mogli mieć na sobie nawet kilka warstw odzieży. Wyglądali dość … zdrowo. Tak, członkowie Sonderkommando, mimo tego, że byli więźniami obozu koncentracyjnego nie cierpieli głodu. Niepisana umowa była taka, że całą żywność, którą pozostawili w rozbieralni ludzie idący na śmierć mogą zabrać ze sobą. Oprócz tego dostawali standardowe obozowe racje żywnościowe. Czasem te racje obozowe były jedynym źródłem ich pożywienia, ale bywały i takie okresy, w których przychodził transport za transportem, a wtedy na brak żywności nie mogli narzekać. Co nie zmienia faktu, że nadal byli więźniami i nic, nawet praca w Sonderkommando nie chroniła ich przed sadyzmem SS-manów. Byli tak samo bici, poniżani, upokarzani.

Byli w piekle. Przeżyli to piekło. I opowiedzieli o tym światu…




Tę książkę przywiozłam z innej wyprawy. Podlasie. To miejsce, do którego wracamy z ogromną chęcią...

Barbara Goralczuk, "Nadzieja aż po horyzont". Tę książkę kupiłam jako pamiątkę zwiedzając Skansen Architektury Drewnianej Ludności Ruskiej Podlasia w Białowieży.

Zainteresowała mnie tematyka bieżeństwa mieszkańców Podlasia. Ta książka to nie dokument podlaskich uchodźców, to historia pewnej rodziny opowiedziana po latach przez jedną z głównych bohaterek. Nic zatem dziwnego, że treść jest bardzo osobista. Pierwszoplanowym bohaterem jest rodzina Filipiuków, a dokładniej Maria, jej syn Roman oraz najmłodsza córka Kasia. Opowieść o tułaczce tej trójki przepełniona jest emocjami, trochę naiwną narracją oraz dość dokładnymi opisami wieloletniej wędrówki.

Jest połowa sierpnia 1915 roku. Wojsko niemieckie coraz bardziej przesuwa się na Wschód zmuszając armię rosyjską do odwrotu. Rozpoczyna się agitacja ze strony rosyjskiej nawołująca ludność do ucieczki w bezpieczniejsze miejsce, czyli w głąb Imperium Rosyjskiego. Zachętą do opuszczania swoich gospodarstw oraz zniszczenia tego, czego nie zdołają zabrać ze sobą są obiecywane odszkodowania oraz wsparcie finansowe na rozpoczęcie życia również po powrocie. Tymczasem do guberni grodzieńskiej, której mieszkańcami była rodzina Filipiuków w zastraszającym tempie zbliża się wróg nie znający litości dla nikogo. Tym wrogiem jest oczywiście armia niemiecka. Aby zachować życie i wspomóc Imperium w walce trzeba zastosować taktykę spalonej ziemi. Wróg nie może zastać niczego, co pomoże mu zregenerować siły, zapełnić brzuchy i walczyć dalej. Zaczyna się masowy exodus, chaos, choroby i niezliczone zgony. Z jednej strony ludzie zmuszeni są uciekać nie wiadomo dokąd, z drugiej przetrzymywani są w drodze, bo transporty wojskowe mają oczywiście pierwszeństwo w tej nadzwyczajnej sytuacji. Po głowie Marii i jej jeszcze żyjącego męża, Antoniego, tłuką się myśli o powrocie, a w sercu pełno wątpliwości. Obserwując co się dzieje dookoła dochodzą do wniosku, że lepiej chyba wracać. Śmierć czeka wszędzie, a jak umierać to najlepiej u siebie. Nie zdążyli zrealizować swojego zamiaru. Antoni umiera w trakcie ewakuacji. Od tej pory zaczyna się walka o przetrwanie.

Czytając tę książkę byłam pod wrażeniem Marii. Będąc prostą kobietą, która nigdy zbyt daleko od swojej wsi nie wyjeżdżała potrafiła doskonale odnaleźć się w nowej sytuacji. Czy to będąc w Kazaniu, czy w Jekaterynburgu, czy w Czelabińsku, czy w Michałowce. Potwierdza się znana prawda, że jeżeli życie zmusi Cię okaże się, że drzemią w Tobie siły, o istnieniu których nawet sam siebie nie podejrzewałeś. Najlepiej im było w Michałowce, bo choć też mieszkali u obcych, to w otoczeniu bliskim ich sercu, na wsi. Mogli choć trochę poczuć się jak u siebie, wszak całe swoje życie żyli z ziemi. Gdybyż u nich była taka ziemia jak tu, nad Donem, a nie te piaski …. Nawet dawało się wyczuć lekką zazdrość. Historia tej trójki pokazuje ilu życzliwych i serdecznych ludzi spotkali na swojej drodze. Dziękowali Bogu, że na świecie jest tylu dobrych ludzi, dzięki którym mogą znaleźć choć trochę ukojenia w swoim nieszczęściu i wymuszonej przez wojnę tułaczce. Jednak los nie zawsze się do nich uśmiechał. Pierwsza wojna światowa zbliżała się do końca, w Rosji wybuchła rewolucja, obalono i stracono cara i rozpoczęła się wojna domowa. Jak życie pokazało wojna domowa to chyba najgorsza wojna jaka może się wydarzyć. Brat walczy przeciwko bratu. W wyniku chaosu, zawieruchy i braku wiedzy ludzie nie rozumieją, kto teraz jest wrogiem, a kto nie. Gubią się, których ewentualnie popierać, a których nie. Maria daleka jest od tych rozważań i dylematów. Ma przed sobą jeden cel – wrócić do swojej guberni grodzieńskiej. Jak umierać to u siebie, jak żyć dalej to bez tułaczki po obcych ludziach. Maria mimo licznych zawirowań osiągnęła swój cel i w 1919 roku, po czteroletnim tułaniu się najpierw po Imperium Carskim, a później po Rosji Bolszewickiej znowu była w swojej wiosce, w Mokrem na Podlasiu.

Taką właśnie książką debiutowała Barbara Goralczuk, wnuczka Katarzyny Filipiuk, która jako trzynastoletnia dziewczynka musiała pożegnać się ze swoim domem, z tym co znała i kochała i wraz z rodzicami udać się w nieznane.

Niestety mimo ciekawego tematu i dobrze skonstruowanej opowieści przyjemność czytania odbierały mi dość liczne literówki, spacje w nieodpowiednich miejscach lub ich brak, a nawet błędy ortograficzne.





I ostatnia pamiątka na dziś. Tomik wierszy Marii Konopnickiej

Wypoczywając na Podkarpaciu korzystaliśmy zarówno z uroków pięknej i oszałamiającej przyrody, jak i z pobliskich atrakcji turystycznych historyczno-literackich. Gdy wybraliśmy się do Krosna nie mogliśmy nie odwiedzić i Żarnowca. Dlaczego? Dlatego, że właśnie w Żarnowcu znajduje się muzeum biograficzne Marii Konopnickiej. To właśnie ten dworek Konopnicka otrzymała w 1903 roku z okazji 25-lecia pracy twórczej w darze narodowym. Konopnicka mieszkała we dworku od wiosny do jesieni. Zimę spędzała najczęściej poza Polską. Po jej śmierci we dworku została jedna z jej córek, Zofia Mickiewiczowa, a z kolei po jej śmierci... historia zatoczyła koło. Zofia dworek ofiarowała ... narodowi polskiemu. Zgodnie z jej testamentem dworek wrócił do Polaków.

Przed spotkaniem z przewodnikiem obejrzeliśmy wystawę, która pokazuje Konopnicką nie tylko jako pisarkę czy poetkę, ale też jako podróżniczkę. Muszę przyznać, że zwiedzanie tego dworku było samą przyjemnością. Znowu było bardzo kameralnie, bo oprócz nas była jeszcze tylko jedna para. Pani przewodnik też się spisała. Oprowadziła nas po dworku przybliżając nam ciekawostki związane i z samą Konopnicką, a także z innymi jego mieszkańcami.






A w wierszach Konopnickiej zaczytywałam się i w Magurskim Parku Narodowym w takich oto okolicznościach przyrody...